Miasto to codzienny, nieustający plebiscyt
Paweł Kubicki   
czwartek, 23 czerwca 2011
b_250_150_16777215_0___images_stories_Ludzie_kubicki.jpgPoproszony przez Organizatorów o spisanie moich spostrzeżeń na temat poznańskiego Kongres Ruchów Miejskich, już na wstępie miałem spory dylemat. Nie bardzo wiedziałem jaką mam przyjąć perspektywę: zewnętrznego akademickiego obserwatora, czy zaangażowanego uczestnika, któremu kwestia miejska jest bardzo bliska. Zgłosiłem się na Kongres jako obserwator i z takim też identyfikatorem wchodziłem na salę pierwszego dnia obrad. Jednak w trakcie tych wszystkich dyskusji ciągnących się późno w noc, stawałem się coraz bardziej uczestnikiem.


Dlatego też nie zmartwiłem się specjalnie, kiedy rano nie mogłem odnaleźć mojego identyfikatora „obserwator” i drugiego dnia obrad nie odczuwałem już tej symbolicznej granicy oddzielającej mnie od uczestników. Sytuacja, w której jesteśmy równocześnie wewnątrz i na zewnątrz, pozornie może jawić się jako mało komfortowa, sugerująca rozdwojenie jaźni. Tu jednak w sukurs przychodzi klasyk - Bronisław Malinowski, który już niemal sto lat temu opisał specyficzną technikę badawczą - obserwację uczestniczącą. Na Kongresie byłem zatem obserwatorem uczestniczącym. Malinowski zalecał obserwatorom uczestniczącym, aby przede wszystkim zwracali uwagę na imponderabilia, niuanse – zwłaszcza słowa, które wypowiadane w różnych kontekstach mogą zmieniać swoje znaczenia.

Zwróciłem uwagę na dwa, z pozoru błahe szczegóły językowe. Uczestnicy Kongresu jak ognia unikali słów: mieszczanie i polityka. Niezależnie, czy dyskusja toczyła się w kuluarach czy na sali plenarnej, zawsze podkreślano; „nie uprawiamy polityki”, „nie jesteśmy mieszczanami”. „Polityka” to słowo, które zostało odebrane nam – obywatelom przez osoby potocznie nazywane politykami – działania tych osobników nie mają nic wspólnego z uprawianiem polityki. Polityka to działanie na rzecz dobra wspólnego, a takim dobrem jest miasto. Słowo „mieszczaństwo” w polskim dyskursie zostało nacechowane silnymi pejoratywnymi konotacjami. W kulturze ukształtowanej przez szlachecko-chłopski model świata mieszczanin stał się wykluczonym obcym. Organizatorzy Kongresu podkreślali, że chcą się wzorować na Kongresie Kobiet. Dlatego chciałbym zwrócić uwagę uczestnikom Kongresu Ruchów Miejskich, że kobiety uzyskały swoją podmiotowość, odzyskują w pierwszej kolejności język. To właśnie kobiety z ruchów feministycznych były najbardziej pojętnymi czytelniczkami prac Michela Foucault czy Pierre Bourdieu, w których obaj znakomici myśliciele udowadniali, że prawdziwe wykluczenie odbywa się na poziomie języka. Kobiety odzyskały język, w którym mogą dokonywać samoopisu, definiować swoją tożsamość nie odnosząc się już do narzucanych z zewnątrz patriarchalnych dyskursów. I to jeden z moich pierwszych wniosków: aby Kongres mógł przerodzić się w faktyczny ruch społeczny musi odzyskać (stworzyć) język, w którym będzie się opisywać i definiować, bez obawy o stygmat „politykujących strasznych mieszczan.” Zapewne większość z was wzdrygnie się z obrzydzeniem (polecam prace Bourdieu o roli wstydu i zakłopotania w narzucaniu przez grupy dominujące podporządkowanych tożsamości), kiedy przeczyta, że na Kongresie w Poznaniu „mieszczanie uprawiali politykę”. Ale przypomnę, że polityka wywodzi się z kolebki miejskości i demokracji – antycznej Grecji, a mieszczanin, to od średniowiecza ten, kto posiada prawo do miasta i obowiązki względem niego.

Obserwując uczestnicząco zwróciłem także uwagę, że na Kongresie mieliśmy do czynienia z dwoma rodzajami ruchów miejskich. Tu znów posłużę się klasykiem, tym razem współczesnym. Manuel Castells opisując ruch społeczne, zwrócił uwagę, że można je opisać grupując w trzy modele tożsamości: legitymizacji, projektu i oporu. Na Kongresie wyraźnie dało się zauważyć, że obecne tam organizacje reprezentują dwa ostatnie typy tożsamości: projektu lub oporu. Tożsamość oporu powstaje jako efekt niezgody na dominację i pauperyzację. Wszystkie polskie miasta doświadczyły bardzo boleśnie skutków polityki neoliberalnej, wspieranej często bezmyślnością lokalnych władz. Geneza wielu organizacji przybyłych do Poznania tkwi właśnie w oporze przeciw deweloperom lub władzom lokalnym. Ich doświadczenia w kontaktach z administracją lokalną czy biznesem najczęściej są – pisząc eufemistycznie – nienajlepsze. Tożsamość projektu wiąże się z tworzeniem nowej jakości, poszukiwaniem nowych rozwiązań – i taka też jest geneza drugiej grupy organizacji. Ich członków połączył nie tyle konflikt w obronie interesów wspólnoty lokalnej, co przede wszystkim wspólne pasje związane z ich miastami. Organizacje te wywodzą się głównie z Forum Polskich Wieżowców i często współpracują na partnerskich zasadach z lokalnymi samorządami i urzędnikami. Różnice te dały o sobie wyraźnie znać na sesji plenarnej przy okazji dyskusji nad Tezami miejskimi. Jednak, i to co jest moim zdaniem wielkim sukcesem Kongresu, mimo gorącej dyskusji nikt nie zgłaszał liberum veto, nie rozdzierał szat z okrzykiem po moim trupie. Każda teza była deliberowana, ponad setka osób: od anarchistów po dobrze prosperujących biznesmenów, od studentów po osoby, które swoje doświadczenia w ruchach społecznych zdobywały w czasie pierwszej Solidarności – wszyscy uczestnicy powoli, ale sukcesywnie dochodzili do wspólnych uzgodnień.

Przychylam się do powszechnej już opinii, że Kongres zakończył się sukcesem. Parę wymiernych wskaźników można już podać. Dwa pierwsze zjazdy ruchów miejskich nie przebiły się do ogólnopolskiej opinii publicznej (jeśli jestem w błędzie, to proszę o sprostowanie), w mediach przeszły właściwie bez echa. Poznański Kongres odnotowały wszystkie ważniejsze ogólnopolskie gazety i portale oraz wiele lokalnych gazet, poświęcając mu w niektórych przypadkach bardzo szczegółowe relacje. Kongres, który odbywał się w bardzo dobrej atmosferze sprzyjał nawiązywaniu kontaktów i wymianie doświadczeń, był efektywnym forum umożliwiającym budowanie kapitału społecznego. Co istotne, podjęto uchwałę o kontynuacji działań wybierając Zespół Koordynacyjny zapewniający ciągłość tworzącemu się miejskiemu ruchowi społecznemu. Jednak prawdziwa odpowiedź na pytanie: czy Kongres okazał się sukcesem? przyjdzie później. Dla mnie tą weryfikacją będą odpowiedzi na pytania: czy ruchy miejskie staną się istotnym graczem, tworzącym i implementującym polityki miejskie? Czy będą w stanie odzyskać miasta z rąk osób nazywanych politykami i przekazać je w ręce obywateli? Myślę, że ważne są w tym przypadku co najmniej dwa czynniki.

Po pierwsze, ruchy miejskie powinny ewoluować w kierunku tożsamości projektu a nie konfliktu. Oczywiście jeszcze przez długie lata nikt nas nie zwolni z obowiązku obrony naszych miast przed tymi wszystkimi negatywnymi czynnikami, o których tak dużo mówiono na Kongresie. Istniej tu jednak spora obawa, że poszczególne organizacje utkną w swoich lokalnych, partykularnych problemach, skupią się na konfliktach i lokalnych wojenkach, tracąc z pola widzenia kluczowe problemy kwestii miejskiej w Polsce. Jak wiadomo najlepszą obroną jest atak. W tym przypadku metaforą ataku jest kreowanie nowych polityk miejskich i narzucenie ich decydentom, a nie bronienie się przed złymi pomysłami władz lokalnych. Te dwa dni Kongresu pokazały wyraźnie, że uczestnicy posiadają wystarczające doświadczenie, kompetencję i wiedzę, aby tworzyć niezależne, eksperckie wizje rozwoju i zarządzania miastami w Polsce.

Po drugie, aby stać się faktycznym graczem kwestii miejskiej w Polsce, Zespół Koordynacyjny Kongresu (lub inne ciało) powinno stać się czymś na wzór sieciowej grupy wsparcia. Częściowo zostało to wyeksplikowane w „Apelu o solidarność miast” (swoje uwagi do apelu pozwalam sobie zamieścić poniżej). W miastach takich jak Warszawa, Wrocław czy Poznań, ruchy miejskie stają się realnym partnerem dla lokalnych władz, mają doświadczenie, kompetencję i zasoby symboliczne, z którymi lokalne władze muszą się liczyć. Jednak w zdecydowanej większości naszych miast – szczególnie tych nie reprezentowanych na Kongresie, sytuacja pod tym względem wygląda bardzo źle. Jeśli nawet powstają tam ruchy miejskie, lokalne władze i deweloperzy posiadają nad nimi miażdżącą przewagę. Dysponują ekspertyzami i badaniami robionymi na swoje zamówienie, często też lojalnymi mediami, które miejskich aktywistów stygmatyzują jako oszołomów bez elementarnej wiedzy i kompetencji. Najdotkliwszy jednak czynnik to lęk przed utratą pracy. W Polsce lokalnej to prezydent czy burmistrz miasta jest głównym i często jedynym pracodawcą dla lokalnej inteligencji. Dlatego też w takich miastach organizacje miejskie tworzone są głównie przez młodzież (która później i tak wyjeżdża na studia) i dotyczą rzeczy relatywnie bezpiecznych dla władz lokalnych – sfery kultury. Na tworzącym się społecznym ruchu miejskim spoczywa wręcz obowiązek dzielenia się własnymi zasobami (wiedza i doświadczenia) z organizacjami z miast Polski lokalnej. To pewnie nie przypadek, że na Kongresie nie znaleźli się przedstawiciele, nie takich znowu małych miast, jak np.: Radom, Wałbrzych, Bydgoszcz, Częstochowa, itp., o mniejszych już nie wspominając. Kacykoza, o której tak wiele mówiono na Kongresie, objawia się nie tyle w dużych metropoliach, które zdominowały Kongres, ale właśnie w miastach Polski lokalnej. Być może to porównanie jest sporo na wyrost, ale kiedy rodziła się opozycja demokratyczna w końcu lat 70-tych ubiegłego wieku, to osamotnieni opozycjoniści na prowincji mieli jednak świadomość, że nie są pozostawieni sam na sam z reżimem. Wtedy znali tylko jeden numer telefonu do Jacka Kuronia i wiedzieli, że w razie czego mogą liczyć na wsparcie doświadczonych opozycjonistów, ekspertów z Warszaw czy innych miast – dziś w dobie Internetu z łatwością można udzielać wsparcia tym, którzy dopiero próbują wyartykułować swoje prawo do miasta.

Na Kongresie została poruszona absolutnie słuszna idea nawołująca do solidarność pomiędzy miastami. W moim przekonaniu jednak ostateczny kształt „Apelu o solidarność miast” wypacza tę ideę. Nie złożyłem podpisu pod tym apelem i chciałbym wyjaśnić dlaczego - na Kongresie, zgodnie z ustaleniami, jako obserwator nie zabierałem głosu na sesjach plenarnych, aby nie odbierać czasu do dyskusji uczestnikom. Bezwzględnie zgadzam się z pierwszymi tezami o solidarności między miastami, piszę zresztą o tym powyżej. Nie podpisałem apelu z dwóch powodów. Po pierwsze, dla mnie solidarność dotyczy wszystkich, a nie tylko wybranych. Pierwsza część apelu nawołuje do powstrzymania rywalizacji o to, kto jest najlepszy, a przy okazji jednoznacznie wskazuje kto jest najgorszy, z prawem do preferencyjnej pomocy. Można wymieniać wiele miast będących w podobnej lub gorszej niż Łódź sytuacji (jak to mierzyć?). Jeśli używamy słowa solidarność, to nie ma tam miejsca na tych równiejszych i mniej równych, miasta ważniejsze i mniej ważne. Po drugie, wyróżnienie Łodzi jako miasta specjalnej troski, będzie w moim przekonaniu prowadzić do - dość dobrze już przecież znanego zjawiska - pozytywnej dyskryminacji. Apel ma niewielkie szanse, aby na jego podstawie powstała jakaś specustawa rządowa dotycząca Łodzi, ale wszelkie, aby przez szum medialny nadać miastu kolejny stygmat – niezbyt rozgarniętego ucznia, którego trzeba skierować do szkoły specjalnej – a tego stygmatu miasto się długo nie pozbędzie.

Na koniec chciałbym rozwinąć myśl zawartą w tytule. To parafraza jednego z najczęściej cytowanych zdań w ostatnim stuleciu. Z końcem dziewiętnastego wieku, kiedy państwa narodowe wchodziły w swój największy rozkwit, Ernest Renan w swoim słynnym wystąpieniu, na pytanie o to, czym jest naród?, odpowiedział, że jest codziennym, nieustannym plebiscytem. Parafraza tej sentencji wydała mi się dobrym podsumowaniem poznańskiego Kongresu. W świecie, gdzie państwo narodowe odgrywa coraz mniejszą rolę, na pierwszy plan powracają miasta. Co do uczestników Kongresu nie ma wątpliwości, że biorą oni udział w codziennych, nieustannych plebiscytach w swoich miasta. Pytaniem zasadniczym jest na natomiast to, jak włączyć w ten plebiscyt pozostałych mieszkańców miast czyniąc z nich faktycznych obywateli miejskich, korzystających ze swojego prawa do miasta i przestrzegających obowiązków względem niego.

 

Dr Paweł Kubicki, socjolog i antropolog kultury, adiunkt w Instytucie Europeistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Słowa kluczowe:kongres

Komentarze (2)

Zapisz się do kanału RRS tego komentarza

Pokaż/Ukryj Komentarze
O sens polityki
Ciekawy głos, choć i w nim zabrakło ważnego wątku. Ruch miejski uprawia politykę, to zupełnie oczywiste. Chodzi w niem jednak nie tylko o deliberację, ale także o władzę, bo to ona daje szanse na realny wpływ. Stąd głos w obronie Łodzi jest formą presji na istniejący 'reżim miejski' w konkretnym miejscu. A solidarność oznacza próbę ognia i konieczność reagowania, nie abstrakcyjnego, ale dokładnie konkretnego. To reagowanie a nie powstrzymanie się od reagowania, czyni z ruchu miejskiego poważnego aktora.
Marek , 23 czerwiec 2011
interesujące ale...
Wiele ciekawych spostrzeżeń, jednak z typowo akademickiej prwspektywy. "obecne tam organizacje reprezentują dwa ostatnie typy tożsamości: projektu lub oporu. [...] W tym przypadku metaforą ataku jest kreowanie nowych polityk miejskich i narzucenie ich decydentom, a nie bronienie się przed złymi pomysłami władz lokalnych." Myslę że Pan Paweł mial jednak mało czasu by poznać organizacje które brały udzał w kongresie. Nie przypominam sobie takich, które były nastawione jedynie na krytykę i opór "nie bo nie". Te, które stawiają opór równocześnie msją pomnysły i to profesjonalne. Często to specjaliści w danej dziedzinie albo korzystają ze wsparcia specjalistów. Często organizacje są silniejsze merytorycznie niż urzędy. Jednak władza jest po stronie tych drugich. Bez narzędzi ustawodawczych i presji społeczeństwa nikt jednak nie będzie brał ich zdania pod uwagę. W mojej opinii było kilka linii podziału 1.: różne miasta, różne problemy, 2. organizacje nastawione na współprace ponieważ a) czerpią z niej konkretne zyki (miasto je dotuje) lub b) działają w sferach mało konfliktowych. Podział 3. praktycy i teoretycy. Moim zdaniem najwyżą formą aktywności społecznej jest dojrzałość do wzięcia do współodpowiedzialności i udział w strukturach samorządowych jako radni (miasta, dzialnic, osiedlowi) i takie osoby na kongresie sie znalazły.
Joanna Mazgajska , 23 czerwiec 2011

Napisz komentarz

pomniejsz | powiększ obszar

busy
Poprawiony: czwartek, 23 czerwca 2011 14:27