Jaśkowiak: po 12 latach Poznań dojrzał do zmian
Gazeta Wyborcza   
czwartek, 21 października 2010

 

Dwanaście lat to wystarczający okres, żeby zrealizować swoją wizję. Ryszard Grobelny ma je już za sobą. Ja proponuję inne spojrzenie na miasto. Chcę Poznania nowoczesnego nie tylko w zakresie infrastruktury, ale i mentalnie. Wzorem jest dla mnie Zurych - mówi Jacek Jaśkowiak*, kandydat na prezydenta Poznania ze stowarzyszenia My-Poznaniacy.

 

Rozmową z Jackiem Jaśkowiakiem "Gazeta" rozpoczyna cykl rozmów z kandydatami na prezydenta Poznania. Do tej pory swój udział zadeklarowali także Jacek Bachalski (SLD), Tadeusz Dziuba (PiS), Grzegorz Ganowicz (PO) i startujący samodzielnie obecny prezydent Ryszard Grobelny. Rozmowy będziemy publikować co tydzień.

Tomasz Cylka: Popiera pan pomysł, żeby wójtowie, burmistrzowie i prezydenci miast mogli sprawować swoje funkcje tylko przez dwie kadencje?

Jacek Jaśkowiak: Zdecydowanie tak. To służy przede wszystkim ograniczaniu korupcji i unikaniu takich sytuacji, że ktoś przez bardzo długi okres zarządza mieniem publicznym, obsadza ważne stanowiska swoimi ludźmi i ma duży wpływ na wyniki różnego rodzaju kontroli.

To chyba jedyny sposób, żeby prezydentem Poznania nie był już Ryszard Grobelny, który walczy teraz o czwartą kadencję?

- Nieprawda. W Poznaniu został wykreowany pewien mit, że Ryszard Grobelny będzie prezydentem do emerytury i że nie znajdzie się żaden lepszy kandydat, który może go zastąpić. To jest bazowanie na wynikach poprzednich wyborów, ale dziś wszystko wygląda zupełnie inaczej.

Dlaczego poznaniacy powinni podziękować obecnemu prezydentowi?

- Dwanaście lat to wystarczający okres, żeby zrealizować swoją wizję. Ryszard Grobelny ma je już za sobą. Ja proponuję inne spojrzenie na miasto. Zgodnie z hasłem wyborczym Stowarzyszenia My-Poznaniacy chcemy "Europejskiego Poznania". Nowoczesnego nie tylko w zakresie infrastruktury, ale i mentalnie. Wzorem jest dla mnie Zurych.

Ale 20 lat temu świętej pamięci prezydent Wojciech Szczęsny Kaczmarek chciał zrobić z Poznania drugi Zurych i nie zyskało to akceptacji.

- Być może to nie był jeszcze ten czas. Często jestem w Zurychu i doskonale się tam czuję. Owszem, to jest bogata metropolia, ale przy tym świetnie zarządzana i dbająca o swoją historię. Szwajcaria kojarzy się nam z dobrymi zegarkami i bankami, ale ten kraj powinien być dla nas wzorem, np. jeśli chodzi o planowanie przestrzenne czy rozwiązania komunikacyjne. Tam w centrum w ogóle nie ma samochodów, główne ulice tętnią życiem, a jeśli chodzi o sklepy, to nie ma outletów tylko markowe butiki.

Wątpię, by wizja luksusowych sklepów w centrum przekonała do pana mieszkańców Poznania.

- Centrum zawsze jest wizytówką każdego europejskiego miasta. Tutaj znajdują się luksusowe hotele, przyjeżdżają na spotkania inwestorzy. Dziś taki inwestor przylatuje na Ławicę, potem stoi w korku, patrzy na zaśmiecone ulice i mówi: w Czechach czy w Bułgarii jest lepiej. Nie może być tak, że turysta idzie Świętym Marcinem i pyta: którędy do centrum? Nasze śródmieście zaczyna przypominać dzielnicę nędzy.

Zostaje pan zatem prezydentem i od razu zamyka całe centrum dla samochodów?

- Oczywiście że nie. Jeśli mamy w Poznaniu zarejestrowanych 355 tys. samochodów (stan na koniec 2008 r.), to zmiany muszą iść stopniowo. Tak było w Kopenhadze, Oslo, czy Tallinie. Władza w mieście powinna zacząć od siebie. Jeśli dziś prezydenci sami nie korzystają z tramwajów i autobusów, tylko jeżdżą służbowymi samochodami na wygodny parking na pl. Kolegiackim, to nie mogą zachęcić mieszkańców do transportu publicznego. Sytuacja, że architekt miejski chwali się tym, że po raz pierwszy od 33 lat pojechał tramwajem jest kuriozalna [do przesiadki na tramwaj zachęciła dyr. Andrzeja Nowaka "Gazeta" w ramach akcji "Czas na centrum Poznania" - przyp. red.]. Uważam, że urzędnik miejski nie potrzebuje służbowego auta. Jeśli władza dałaby przykład, to jestem pewien, że w ciągu pół roku część mieszkańców zostawiłaby auta w garażu lub na parkingu.

Są różne rozwiązania zachęcające do korzystania z transportu publicznego. Np. w Niemczech są specjalne bilety, tzw. job ticket, przy których finansowaniu współpracują samorządy i firmy. Na pewno od razu zamknąłbym dla ruchu ul. Wrocławską i Paderewskiego oraz wyciszył ruch na ul. 27 Grudnia. Za priorytet uznałbym też kwestie bezpieczeństwa. Dziś w weekend uliczki na Starym Mieście zamieniają się w publiczny szalet i nikt tego nie kontroluje. Miasto nawet nie potrafi zagwarantować odpowiedniej liczby toalet.

Czyli na przecięcie wstęgi np. na Naramowicach prezydent powinien jechać miejskim autobusem?

- Dlaczego nie. Może prezydent Grobelny swoją wiedzę na temat biznesu czerpie z seriali typu "Dynastia", ale ja miałem klienta, który sprzedał akcje swojej spółki za setki milionów euro i jechaliśmy w pociągu drugą klasą, bo "pierwsza szybciej nie jedzie". Wielu moich kontrahentów nie epatuje zamożnością. My mamy taką trochę rosyjską mentalność, że władza musi się kojarzyć z kierowcą i limuzyną. Tak postrzegamy kapitalizm i zarządzanie.

Zostawmy zatem limuzyny i zajmijmy się rozrywką. Jest pan kibicem Lecha?

- Ostatni raz byłem na meczu Lecha, gdy jeszcze grał na stadionie na Dębcu. Ale zdarza mi się obejrzeć mecz w telewizji. Jestem wielkim fanem kolarstwa i biegów narciarskich. Uważam jednak, że dla takiego miasta jak Poznań dobra drużyna piłkarska jest idealnym środkiem promocji. Nie będę na potrzeby kampanii wyborczej zakładał szalika, jak robi to wielu polityków. Mam ten komfort, że mogę mówić to, co myślę, a nie to, co inni chcieliby usłyszeć.

Pytam o Lecha, bo finansowanie sportu budzi w Poznaniu wiele emocji.

- Kluby piłkarskie, tak jak np. Manchester United, zajmują się zarabianiem pieniędzy. Ten klub jest zresztą notowany na giełdzie papierów wartościowych. I tu jest krótka piłka. Jeśli Lech promuje Poznań grając w pucharach, to z tego tytułu może otrzymywać od miasta jakieś pieniądze. Jak nie ma wyniku, to nie ma dotacji. Jeśli zatem potrafi remisować w Turynie, należy to docenić. Ale jeśli przegrywa nawet w lidze polskiej, to trzeba to także wziąć pod uwagę. Jeśli chodzi o korzystanie ze stadionu, to nie widzę powodu, żeby klub miał jakiekolwiek preferencje. Wszystko musi odbywać się na zasadach rynkowych. Dziś pytanie jest tylko takie, czy projekt i budowa stadionu zostały racjonalnie skalkulowane.

Poza tym nie zapominajmy, że w Poznaniu wspierać trzeba nie tylko wyczyn. Dla mnie najważniejszy jest sport masowy. Trzeba promować Maraton Poznański, zdrowy tryb życia, np. nordic walking czy jazdę na rowerze.

Przejdźmy do kultury. Jako prezydent dałby pan pieniądze na Zamek Królewski na Górze Przemysła?

- Jeśli nasz urząd na remont jednej z kamienic wydał aż 15 mln zł, a dwa razy tyle ma kosztować zamek, to za takie pieniądze można zrobić jedynie jakąś tandetę w stylu zamku Gargamela. Dziś klamka już nad tą inwestycją zapadła i nie mogę powiedzieć, że tę budowę bym wstrzymał. Ale na pewno taki Disneyland chwały miastu nie przyniesie.

Czyli nie będzie pan rozpaczał, że Poznań nie będzie Europejską Stolicą Kultury, bo nie weszliśmy nawet do ścisłego finału?

- Chciałbym, żeby nią został. Ale jeśli w ostatnim czasie mamy do czynienia z takimi sytuacjami jak zachowanie wiceprezydenta Sławomira Hinca, to trzeba wyciągnąć wnioski. Najpierw musimy uporać się z własną mentalnością, a dopiero potem starać się o zaszczytne tytuły.

W oświacie najwięcej emocji budzi sprawa VIII LO. Budynek szkoły jest własnością Kościoła, który chce wysokich stawek. Jak pan rozwiąże ten konflikt?

- Tak jak w przypadku Lecha, jestem zwolennikiem rynkowych zasad. Jeśli w przypadku VIII LO Kuria nie potrafi iść na kompromis i dać samorządowi preferencyjnych warunków, to powinna płacić normalne pieniądze za korzystanie z innych budynków należących do miasta. A dziś widzimy przestraszone władze miasta, które boją się, że stracą wyborców, jeśli postawią twarde warunki Kurii.

Czas na kiełbasę wyborczą. Poproszę o pięć konkretnych projektów, które zrealizuje pan zaraz po objęciu urzędu prezydenta.

- To byłby populizm, a ja nie będę uczestniczył w festiwalu obietnic. Najpierw trzeba zrobić rzeczowy audyt finansów miasta. Mamy inwestycje w toku, przychody w 2010 będą niższe od zakładanych, zadłużenie zbliża się do dopuszczalnego maksimum. Na pewno za priorytet uznam przywrócenie centrum jego dawnej świetności. Połączenie klinów zieleni poprzez trakty piesze i ścieżki rowerowe jest możliwe bez wielkich nakładów finansowych.

Może dlatego, że nie chce pan mówić o konkretach, społecznik z Rataj Adam Pawlik zrezygnował z kandydowania na radnego z list My-Poznaniacy i przyjął propozycję Ryszarda Grobelnego, by wystartować z jego list wyborczych. Prezydent obiecuje konkret: że na Ratajach w ciągu czterech lat powstanie park, o który wspólnie walczyliście. Tym "kupił" waszego człowieka.

- Kasa miasta jest pusta i bez względu na to, czy coś mi przysporzy głosów czy nie, to nie będę składał deklaracji bez pokrycia. Najpierw trzeba powalczyć o większe przychody, a potem można składać deklaracje. Poznań zawsze był miastem przemysłowo-handlowym i tu jest nasza szansa. Miasto powinno zachować kontrolę nad MTP. Szukałbym rozwiązań prowadzących do przekształcenia terenów HCP w park przemysłowo-handlowy. Nie staniemy się nagle drugim Krakowem.

Jest pan rozczarowany decyzją Adama Pawlika?

- Tak, to jest rzeczywiście przykre. Analizując działalność prezydenta Grobelnego, który w różnych sytuacjach "rozprowadzał" zarówno PO, jak i PiS wiedziałem, że będą próby przeciągnięcia naszych ludzi. Staram się być wyrozumiały dla Adama, bo on jest urzędnikiem [Adam Pawlik pracuje w Urzędzie Marszałkowskim - red.], i nie ma takiej niezależności jak ja.

Wierzy pan w wejście do drugiej tury?

- Tak, bo w naszym stowarzyszeniu są społecznicy i działacze osiedlowi, którzy nie kalkulują jak politycy - czyli co się nam opłaca. Nie boję się mówić o rzeczach trudnych, np. wielu kierowców pewnie na mnie nie zagłosuje. Ale dzięki temu i Stowarzyszenie My-Poznaniacy, i ja jako kandydat na prezydenta jesteśmy bardziej wiarygodni. Poznań dojrzał do zmian. Wierzę, że mieszkańcy chcą europejskiego miasta, a wśród kandydatów to ja opowiadam się za takim Poznaniem w sposób najbardziej zdecydowany i jednoznaczny.


* Jacek Jaśkowiak ma 46 lat, ukończył prawo na UAM. Pracował m.in. jako dyrektor ds. handlowych w Kulczyk Tradex, dziś prowadzi firmę doradczą i księgową obsługującą zagranicznych inwestorów. Miłośnik sportu i malarstwa, przyjaciel barda Jacka Kaczmarskiego w ostatnich latach jego życia.

Źródło: Gazeta Wyborcza (LINK)

Słowa kluczowe:wybory2010

Komentarze (0)

Zapisz się do kanału RRS tego komentarza

Pokaż/Ukryj Komentarze

Napisz komentarz

pomniejsz | powiększ obszar

Poprawiony: czwartek, 21 października 2010 19:26