Prawo do miasta - dla mieszkańców
Artur Celiński   
niedziela, 12 czerwca 2011


Wiele polskich miast przechodzi obecnie swoje mniejsze lub większe „rewolucje”. Mieszkańcy, a przede wszystkim organizacje i instytucje zaczynają upominać się o prawo do współdecydowania o losach wspólnej przestrzeni i wizji rozwoju miast. Władze miast uczą się więc zasięgać opinii mieszkańców i włączać ich w różne procesy podejmowania decyzji. Efekty tych starań są bardzo różne, ale co najważniejsze – drzwi do realizacji idei prawa do miasta zostały otwarte.

 

 

Zbliżający się Kongres Ruchów Miejskich może być dobrym krokiem w kierunku urzeczywistnienia prawa mieszkańców do decydowania o tym, jak miasto ma wyglądać, czemu miasto ma służyć i jak miasto ma funkcjonować. Organizatorzy stawiają przed uczestnikami dwa ważne zadania – jedno dotyczy współpracy środowiskowej, drugie zaś opiera się na wzmocnieniu obecności głoszonych przez nas postulatów w dyskursie publicznym. Tego, że refleksja nad tymi tematami jest niezwykle potrzebna, nie trzeba tłumaczyć żadnemu z potencjalnych uczestników. Ogromna liczba organizacji, która w ciągu ostatnich 2-3 lat powstała i zaczęła działać na rzecz uspołecznienia miasta, spotyka się z podobnym problemami i w podobny sposób próbuje sobie z nimi radzić. Robimy także bardzo podobne projekty i często konkurujemy o te same fundusze. Czemu więc nie zacząć robić pewnych rzeczy razem? Czemu przekonywać wątpiących samodzielnie? Wydaje się, że po Kongresie te pytania nie będą już wymagały odpowiedzi.

Obok powyższych kwestii jest jeszcze jedna, która również powinna stać się przedmiotem refleksji uczestników Kongresu. Nie znajdziemy dla niej prostych odpowiedzi, ale tym bardziej powinniśmy nią zająć. Chodzi tu o zwykłych mieszkańców – posiadaczy prawa do miasta, którzy dzisiaj w większości wydają się nie być nim zainteresowani. Przyczyny są oczywiście bardzo różne – możemy sięgać do historii, spadku poprzedniego systemu, niskich wskaźników zaufania społecznego czy niechęci do podejmowania wspólnych działań. Faktem jest jednak to, że mieszkańcy rzadko angażują się w sprawy obejmujące zasięgiem nie tylko całe miasto, ale również własne sąsiedztwo. Syndrom Not-In-My-Backyard, apatia, brak świadomości wagi swojego głosu i uczestnictwa mogą sprawić, że nawet najlepsze mechanizmy i narzędzia nie będą skuteczne.

Polacy mają także małą wiedzę o partycypacji– wg Badania Efektywności Konsultacji Społecznych (Pracownia Badań i Innowacji Społecznych „Stocznia”, 2011) tylko 17% Polaków zetknęło się z pojęciem „konsultacje społeczne”. Ludzie nie rozumieją tego typu procesów, nie wierzą w ich efektywność i być może nie czują się kompetentni lub nie mają do nich zaufania. Brak zainteresowania mieszkańców przekłada się zaś na brak zainteresowania władzy.

Taka diagnoza przekłada się także na rolę ruchów miejskich i rodzi poważne pytanie – czy jesteśmy reprezentantami mieszkańców? Takim środowiskom jak „My Poznaniacy”, które zdecydowały się na start w wyborach odpowiedź na to pytanie może przyjść łatwiej. Tym, którzy pozostają w strefie pozarządowej tak prosto już nie będzie. Wciąż aktualne jest bowiem pytanie – czy dlatego chcemy wprowadzać innowacyjne metody do demokracji, bo istnieje takie zapotrzebowanie społeczne, czy też poprzez nasze działania chcemy takie zapotrzebowanie stworzyć?

Postrzegam potencjalnych uczestników Kongresu jako krytycznych obywateli – aktywnych, świadomych konsekwencji, jakie zachodzą pomiędzy procesami politycznymi, ładem prawnym, kształtem przestrzeni miejskiej czy kwestami komunikacji i rewitalizacji. Staramy się patrzeć władzy na ręce i nagłaśniać te problemy, których nikt inny nie zauważa. Różnimy się jednak od przysłowiowych Kowalskich, którzy są bardziej skoncentrowani na swoich prywatnych sprawach. O tym trzeba pamiętać i zastanowić się, co dla zwykłego mieszkańca może dziś znaczyć idea „prawa do miasta”?

Truizmem jest stwierdzenie, że nie ma miasta bez jego mieszkańców – pracujących, spacerujących, spieszących do sklepów, teatrów i klubów. Ale gdy przychodzi do rozmowy o tym, do kogo należą ulice, place i parki, to nie zawsze wszyscy głośno krzykną – do nas! Jeszcze gorzej jest natomiast z wzięciem współodpowiedzialności za wspólną przestrzeń. Dlatego też, jeśli będziemy zastanawiać się, jak wprowadzić idee promowane przez ruchy miejskie do debaty publicznej lub przekonać władze do zwiększenia obszarów partycypacji społecznej, powinniśmy również pomyśleć o tych, którzy tą miejską rewolucją nie są dzisiaj zainteresowani.

 

Artur Celiński - lider projektu DNA Miasta, zastępca wydawcy kwartalnika ResPublica Nowa.

Słowa kluczowe:kongres

Komentarze (0)

Zapisz się do kanału RRS tego komentarza

Pokaż/Ukryj Komentarze

Napisz komentarz

pomniejsz | powiększ obszar

Poprawiony: niedziela, 12 czerwca 2011 08:09