Nowa dekada, nowe miasto?
Kacper Pobłocki   
niedziela, 26 czerwca 2011

 Polecamy tekst pokonferencyjny Kacpra Pobłockiego, który ukazał się na portalu pisma ResPublica Nowa.

 

 

 

 

 

Większość dotychczasowych reakcji na Kongres Ruchów Miejskich z entuzjazmem podkreślała, że daje on nadzieję na otwarcie nowego rozdziału w polskim życiu publicznym. Ja zaryzykuję tezę, że Kongres nie był początkiem, ale swoistym końcem. Gdyby wyobrazić sobie podobne spotkanie za lat, powiedzmy, pięć, to jestem przekonany, że skład kolejnego Kongresu nie byłby taki sam. Dlaczego? Bo albo my będziemy za tych pięć lat zupełnie inni, albo na sali zasiądą zamiast nas inni ludzie. Żyjemy obecnie na skraju pewnej epoki i nadchodzące lata będą zupełnie inne od kilku ostatnich. Zatem, żeby zrozumieć kto, dlaczego i po co przyjechał na Kongres Ruchów Miejskich, należy prześledzić, co działo się w polskich miastach przez ostatnią dekadę.

Jak słusznie zauważył Paweł Kubicki, w zeszły weekend w Poznaniu spotkały się organizacje, które można zaklasyfikować do trzech grup. Pierwsza to „fora rozwoju” – organizacje, które powstały wokół strony internetowej SkyscaperCity i które skupiały ludzi domagających się inwestycji (bezsprzecznie potrzebnych) w swoich miastach. Z drugiej strony mamy organizacje takie jak My-Poznaniacy (ostatnio najszybciej rosnące w siłę i na Kongresie chyba najbardziej widoczne), które wyrosły z ruchów oporu wobec wspomnianych inwestycji. Po trzecie, mamy rozproszone organizacje o różnych profilach, zaangażowane od lat w politykę tożsamości, często zainteresowane ekologią i kulturą (choć tej, jak ktoś zauważył, poświęcono mało uwagi na Kongresie) czy szeroko pojętymi (bo modnymi ostatnio) sprawami miejskimi i w pewnym sensie reprezentujące tę wykluwającą się w klubokawiarniach wielkomiejską młodą klasę średnią. Co doprowadziło do tego, że trzy tak różne grupy włożyły sporo wysiłku (i własnych środków), aby spotkać się w jednej sali i porozumieć co do wspólnego minimum?

Za, przeciw i obok

Jeśli spojrzeć na wykres poniżej (przedstawiający liczbę mieszkań oddanych do użytku w przeciągu ostatniego półwiecza), to widać, że współczesną historię polskich miast możemy podzielić na trzy okresy: żywiołowej urbanizacji kraju w okresie, który można nazwać (parafrazując frazę Braudela o „długim wieku szesnastym”) długimi latami sześćdziesiątymi (mniej więcej okres 1956-1979), kiedy to Polska z kraju rolniczego stała się krajem zurbanizowanym. Następnie mieliśmy dwie dekady kryzysu miejskiego i zapaści inwestycyjnej. Potem z kolei, mniej więcej po 2004 roku, nastąpił okres ponownego rozwoju. Oczywiście jest to periodyzacja nieco uproszczona, ale myślę, że można zgodzić się, że powyższa statystyka zaznacza wyraźnie okresy, w których w miastach dużo się „działo”, i okresy stagnacji. Wszystkie wspomniane grupy miejskie pojawiły się na tej fali inwestycyjnej, która naruszyła tkankę miejską (ukształtowaną w większości podczas „długich lat sześćdziesiątych”) i, co za tym idzie, naruszyła relacje społeczne, które w tej tkance były zawarte. Jedni byli „za” zrywem urbanizacyjnym lat dwutysięcznych, drudzy byli „przeciw”, a ci ostatni pojawili się „obok” lub przy okazji.

Tą „okazją” było oczywiście wejście Polski do Unii Europejskiej, napływ środków zewnętrznych na różnego rodzaju projekty (stąd zainteresowanie sektora NGO kwestiami miejskimi) oraz w pewnym sensie wyczerpanie się dyskursu transformacji ustrojowej, który dominował w latach 90. Jednakże błędna jest teza Kubickiego, że „na naszych oczach dzieje się w Polsce wielka miejska rewolucja, która odgrywa kluczową rolę w procesie europeizacji naszego społeczeństwa”. W sensie materialnym „rewolucja miejska” odbyła się w Polsce w czasie długich lat sześćdziesiątych, a bezprecedensowa urbanizacja kraju pociągnęła za sobą również urbanizację w sensie kulturowym. Opisywano to w dziesiątkach, jeśli nie setkach publikacji, m.in. Marcina Czerwińskiego, Aleksandra Wallisa czy Pawła Rybickiego, dzisiaj nieco zapomnianych. Jednakże, jak pisałem gdzie indziej, paradoks polskiej „rewolucji miejskiej” polegał na tym, że materialna urbanizacja nie przyniosła tego, co David Harvey nazywał „urbanizacją świadomości”, ale przeciwnie – przyniosła „ruralizację świadomości” i jeszcze głębsze upowszechnienie przekonania, że polskość i miejskość wzajemnie się wykluczają. Kubicki w tym sensie ma zatem rację: faktycznie tylko w ciągu ostatnich kilku lat „miejskość” jest oswajana w Polsce i pojawiła się nawet kategoria „mieszczucha”, która jest formą pozytywnej identyfikacji. Fakt ten jest w pewnej części zasługą tych wszystkich organizacji „(wielko)miejskich” które tę pozytywną miejskość odkryły i zaczęły propagować – i to dzięki nim mamy alternatywę w naszej zbiorowej świadomości dla ideału podmiejskiego dworku wykonanego z pustaków i wymalowanego na jarmarczny róż. To samo w sobie jest cenne.

Kluczowe pytanie, stawiane częściowo przez Kubickiego, brzmi: która z tych trzech „nóg” Kongresu jest w tej chwili najważniejsza. Moim zdaniem siłą Kongresu może być jednie połączenie, w sposób sensowny, ich trzech. Wszystkie trzy grupy przechodzą obecnie „kryzys tożsamości” – dzięki niemu znalazły się w swoim towarzystwie na Kongresie i to właśnie w nim leży nadzieja na stworzenie czegoś nowego. Najbardziej jaskrawe jest to chyba w przypadku „forów rozwoju”. Jaka jest różnica między nazwą organizacji „Inwestycje dla Poznania” a hasłem obecnego prezydenta miasta w ostatnich wyborach samorządowych „Jeszcze więcej dla Poznania”? Może się wydawać, że żadna, ale jest ona coraz większa. Odnoszę wrażenie, że pierwsze zdanie wypowiedziane podczas kongresowej prezentacji przedstawiciela eksperckiej organizacji SISKOM, że „jest dobrze i pomyślmy, co tutaj zrobić, żeby było lepiej” wywołało lekką konsternację nie tylko wśród przedstawicieli organizacji mieszkańców i mieszczuchów. To, że ruchy „pro-inwestycyjne” zaczęły (choć nieśmiało) sprzeciwiać się nieracjonalnej polityce obecnej władzy, pokazuje, że lata dwutysięczne będą w przyszłości uznawane za „straconą dekadę”. Straconą nie w tym sensie, że nic się nie wydarzyło, ale w tym sensie, że ogromne środki, które nagle stały się dostępne, zostały wydane w sposób nieracjonalny i krótkowzroczny. Tak jak po „tłustych” latach siedemndziesiątych nastąpiły „chude” lata osiemdziesiąte, kiedy to Polska ponosiła bolesne koszta nieracjonalnej polityki ekipy gierkowskiej, w miastach takich jak Poznań przez kolejne 10-20 lat widmo stadionu piłkarskiego oraz term maltańskich, efekt inwestycyjnej gigantomanii, czy też szeregu innych absurdalnych inwestycji (np. wiadukty-widma) będzie ciążyło nad budżetem i mieszkańcami. Początkowo forum SkyscraperCity skupiało entuzjastów wieżowców i „nowoczesnych” inwestycji, o których informowali jego członkowie, publikując zdjęcia z nowych budów i np. śledząc wyścig miast o najwyższy budynek w Polsce. W tej chwili zdają oni sobie doskonale sprawę z gierko-podobnej gigantomani inwestycyjnej ostatniej dekady i rozumieją, że „jeszcze więcej dla Poznania czy Gdańska” oznacza jeszcze więcej długów, zmarnotrawionych pieniędzy i kłopotliwych obciążeń. W tej chwili wiemy już niemal z pewnością, że dekada „inwestycji i rozwoju” dobiegła końca. Jaką drogę obiorą organizacje „inwestycyjne” w dobie, gdy nie będzie inwestycji? To jest pytanie otwarte.

Miejski holizm

Zapis audio sesji plenarnych, zwłaszcza tej niedzielnej, kiedy to starły się wszystkie te różne punkty widzenia (których było zdecydowanie więcej niż trzy), jest fascynujący nawet dla osoby, która nie była, jak Kubicki, „obserwatorem uczestniczącym”, ale raczej pozostaje „obserwującym uczestnikiem”. W fenomenalny sposób zakreśla on współczesne „pole dyskursu” miejskiego i mam nadzieję, że ktoś napisze ciekawą pracę na jego podstawie. Jak pisaliśmy gdzie indziej, podczas przygotowań Kongresu przyświecał nam „miejski holizm”. Mimo że podzieliliśmy uczestników na różne zespoły robocze, to było dla nas od początku oczywiste, że zagadnienia, którymi się te zespoły zajmują, są ze sobą ściśle powiązane. To właśnie ze względu na dominującą dotychczas technokratyczną, wycinkową perspektywę na miasta, w której sprawy transportu, partycypacji, budżetu czy socjalne były od siebie oddzielone i rozpatrywane osobno, fenomen „miejskości” uciekał publicznej uwadze, a ta mentalna rewolucja miejska, o której pisze Kubicki, odbyła się tak późno. Zresztą nie jest to wyłącznie problem polski: dokładnie o tym samym pisali Henri Lefebvre w Rewolucji miejskiej (1970) czy Manuel Castells w Kwestii miejskiej (1972), twierdząc, że miasto można zrozumieć wyłącznie jako całość. Tym niemniej, podczas obrad plenarnych nieco zabrakło tego miejskiego holizmu – nie do końca udało nam się zaakcentować związki między poszczególnymi tezami i temu właśnie chciałbym poświęcić tutaj trochę uwagi.

Szczególne emocje podczas dyskusji wywołała teza przygotowana przez grupę społeczną. Jako że brałem udział w jej przygotowywaniu i spędziliśmy półtorej godziny na dopracowywaniu dwóch zdań, pokuszę się tutaj o jej obronę. Teza w swojej pierwotnej wersji brzmiała następująco: „obecnie polityka miejska w Polsce prowadzi do wykluczenia społecznego, mimo że powinna mu przeciwdziałać, gwarantując wszystkim mieszkańcom realny dostęp do dóbr wspólnych takich jak: instytucje opieki, edukacja, mieszkania. Zagwarantowanie sprawiedliwości społecznej jest obowiązkiem wspólnoty miejskiej”. To właśnie środkowa część pierwszego zdania, traktująca o obowiązku zagwarantowania mieszkańcom realnego dostępu do miejskich dóbr, wywołała sprzeciw ze strony środowiska „inwestycyjnego” i została ostatecznie usunięta z tezy społecznej. Argument był taki, że prowadzi to do rozdawnictwa i propagowania postawy roszczeniowej. Jednakże tutaj właśnie widać różnicę w patrzeniu na miasto wycinkowo i holistycznie. Kwestia społeczna rozumiana jako wąski aspekt problematyki miejskiej jest redukowana do kwestii socjalnej i usuwania szkód wyrządzonych przez współczesną, neoliberalną, politykę miejską. Stąd teza ta rozpoczęła się od stwierdzenia służącego jako diagnoza obecnej, złej naszym zdaniem, polityki miejskiej. Tak rozumiana miejska polityka społeczna sprowadza się do dyskusji nad grupami, które w najbardziej jaskrawy sposób zostały wykluczone ze wspólnoty miejskiej: bezdomnymi, eksmitowanymi lokatorami czy też potencjalnymi mieszkańcami zniesławionych kontenerów socjalnych. Oczywiście ich los jest niezmiernie ważny, natomiast zogniskowanie dyskusji nad sprawą społeczną wyłącznie na tych grupach wypacza nieco szerszy obraz.

Zdanie, które „wyleciało” z tezy społecznej, można interpretować jak powyżej, można je też rozumieć inaczej. W zasadzie chodziło nam o coś, co jest zawarte m.in. w polskiej konstytucji, która w artykule 75. wyraźnie mówi, że „władze publiczne prowadzą politykę sprzyjającą zaspokojeniu potrzeb mieszkaniowych obywateli, w szczególności przeciwdziałają bezdomności, wspierają rozwój budownictwa socjalnego oraz popierają działania obywateli zmierzające do uzyskania własnego mieszkania”. W szczególności to ostatnie zdanie pokazuje, że rozumieliśmy politykę społeczną bardzo szeroko: przecież ze względu na „niewidzialny łokieć” deweloperów, który reguluje rynek nieruchomości w Polsce, ceny mieszkań są sztucznie zawyżone i nie ma praktycznie żadnej alternatywy dla budownictwa deweloperskiego. Jeżeli Polska jest krajem, w którym przeludnienie mieszkań ludności jest dramatycznie duże i nieporównywalnie większe niż średnia w Unii Europejskiej (blisko połowa Polaków mieszka w warunkach przeludnienia, a średnia dla całej Unii to 17,8%), ogromna rzesza młodych ludzi mieszka z rodzicami, to mamy bezsprzecznie sytuację, w której państwo nie wywiązuje się ze swoich konstytucyjnych obowiązków. Często wini się za złą sytuację mieszkaniową okres PRL-u: choć, jak widać z wykresu powyżej, nigdy po 1989 nawet nie zbliżono się do poziomu inwestycji w mieszkalnictwo najbardziej dynamicznego okresu, czyli lat siedemdziesiątych. W 1996 r. natomiast zbliżono się do okresu stalinizmu – liczba mieszkań oddanych do użytku spadła do poziomu z roku 1950 – a przypominam, że było to pięć lat po zakończeniu II wojny światowej, ogromnej katastrofy i społecznej, i gospodarczej w naszym kraju. W momencie szczytowym budownictwa mieszkaniowego po 1989 roku zbliżyliśmy się jedynie do poziomu z okresu gomułkowskiego, który wciąż jest kojarzony raczej ze stagnacją gospodarczą i inwestycyjną. Z perspektywy historycznej „boom” lat dwutysięcznych był jedynie lekkim drgnięciem, a wywołał tak żywiołową reakcję społeczną, gdyż poprzedzał go okres katastrofalnej wręcz zapaści lat dziewięćdziesiątych. Jak katastrofalna jest nasza sytuacja mieszkaniowa, a co za tym idzie – kondycja miejska, ilustruje pouczający fakt, że najmniejszy współczynnik przeludnienia jest w małej i bardzo zatłoczonej Holandii – 1,7%. Jeżeli w kraju, w którym przypada ponad trzy razy więcej ludzi na jeden kilometr kwadratowy niż u nas (420 w Holandii, 120 w Polsce), praktycznie nie ma przeludnionych mieszkań (a zdecydowana większość zabudowy jest jednokondygnacyjna), a u nas w takich warunkach żyje blisko 20 milionów ludzi, to pokazuje to skalę naszej zapaści cywilizacyjnej.

Nowe uspołecznione miasto?

Podczas dyskusji padł też argument, że polityka społeczna jest bardziej domeną państwa niż miasta. Po pierwsze zapis z Konstytucji RP nie wyklucza jednoznacznie, że „władze publiczne” mogą być rozumiane zarówno jako władze centralne, jak i lokalne. Po drugie, jak twierdzi James Holston, jedną z najważniejszych linii podziału obecnie jest konkurencja między państwem a miastem jako podstawy wspólnoty politycznej. W wielu miejscach np. systemy obywatelstwa (a zatem uczestnictwa ludzi w sferze publicznej) oparte na państwie narodowym zostają wyparte przez reżimy „zbuntowanego,” jak nazywa to Holston, obywatelstwa miejskiego. Jeśli państwo nie jest w stanie zapewnić realnego (a nie tylko nominalnego) dostępu do dóbr, które Manuel Castells nazwał kiedyś „środkami zbiorowej konsumpcji”, to może czas zacząć rozwiązywać te problemy na szczeblu miejskim? Proszę zauważyć, że odbywa się to już w kwestii transportu (który jest również, podobnie jak edukacja, opieka czy mieszkalnictwo, obiektem „zbiorowej konsumpcji”) i tutaj tezy wypracowane przez zespół transportowy i metropolitalny wyraźnie mówią o społecznym wymiarze polityki miejskiej: jej „zrównoważonym rozwoju”, przeciwdziałaniu suburbanizacji i dominacji transportu samochodowego oraz integralności z Kartą Lipską. Podobnie tezy o rewitalizacji i ładzie przestrzennym mają silny wymiar społeczny. Skoro transport ma być bardziej zrównoważony i społecznie sprawiedliwy (a jednocześnie, przez to, działający bardziej efektywnie), to dlaczego nie może tak być z mieszkalnictwem? Argumenty ze strony „prawej” pokazujące nieefektywność obecnego systemu transportowego i argumenty ze strony „lewej” wskazujące na jego niesprawiedliwość w zasadzie mówią to samo, używając innych słów. Aby te głosy brzmiały donośniej, należy zacząć mówić wspólnie.

Powód, dla którego w ogóle postanowiliśmy powołać „zespół społeczny” na Kongresie, był ściśle związany z nadchodzącym kryzysem finansów miast. W tej chwili boom urbanizacyjny się kończy i nadchodzą lata chude. Jak powtarza od jakiegoś czasu Krzysztof Nawratek, oznacza to, że należy „wymyślić miasto na nowo”. Pojęcia i przekonania, z którymi przyjechaliśmy na Kongres, może i opisują rzeczywistość ostatnich kilku lat, ale stają się coraz mniej adekwatne do wyzwań, jakie przed nami stają. Dlatego potrzebne jest nam połączenie tego, co Joanna Kusiak nazwała „rewolucyjną cierpliwością” i „stoickim pośpiechem”, z jednej strony wybieganie myślami w przyszłość i wyznaczanie horyzontów politycznych daleko poza obecny pułap wizji i działanie intelektualnie „pod prąd”, a z drugiej – spokojne i cierpliwe „robienie swojego”. Sam fakt, że media nie mogły zgodzić się, czy był to kongres lewicowy czy prawicowy, pokazuje, że w tej chwili jesteśmy, intelektualnie, na dobrej ścieżce. Kubicki twierdzi, że „aby Kongres mógł przerodzić się w faktyczny ruch społeczny, musi odzyskać (stworzyć) język, w którym będzie się opisywać i definiować” i ma całkowitą rację. Tyle, że ten język już częściowo istnieje: wyraża go te osiem obszarów miejskich, które wyszczególniliśmy na Kongresie. W pewnym sensie wszystkie one są pochodną tezy pierwszej: że mieszkańcy mają niezbywalne prawo do miasta. I to jest właśnie fundament naszego „holizmu miejskiego”. Nie mieliśmy problemów z tym, aby podzielić się na grupy tematyczne. Ponowne połączenie ich w całość (a miasto, jak wiadomo, jest właśnie taką złożoną całością) wywołało tarcia, co ilustruje przykład dyskusji nad tezą społeczną. Jak zauważył jeden z uczestników Kongresu, co do konkretów (np. że samochodowa monokultura jest szkodliwa) już się zgadzamy. Jednak obok dalszego niezależnego działania w grupach tematycznych potrzebna jest nam debata nad naszym meta-językiem. Od tego w zasadzie zależy los tego przedsięwzięcia. Stoimy u progu nowej dekady i tym różnimy się od polityków, że zdajemy sobie z tego sprawę. Nasze miasta i tak, i tak będą wyglądały inaczej niż w chwili obecnej, czy tego chcemy, czy nie. I to jedynie od nas w tej chwili zależy, czy będziemy mieli na to wpływ i stworzymy nowe, lepsze, miasto.

 

Źródło: ResPublica Nowa (LINK)

Słowa kluczowe:kongres

Komentarze (0)

Zapisz się do kanału RRS tego komentarza

Pokaż/Ukryj Komentarze

Napisz komentarz

pomniejsz | powiększ obszar

Poprawiony: niedziela, 26 czerwca 2011 11:09