Brud, smród i gentryfikacja
Marcin Muth   
środa, 01 czerwca 2011
Z dystansu Poznań nie wydaje się szczególnie żywym miastem. Niewiele zdarzeń przykuwa uwagę świata. Obama ominął miasto szerokim łukiem, podobnie jak wszelkie możliwe trofea w piłce nożnej. Owszem, przez jakiś czas emocje rozbudzał Litar, ale odkąd wysłano przeciw niemu jednostkę specjalną policji, CBŚ, CBA oraz nowego dyrektora POSiR, sprawę uważa się za załatwioną. Całkiem ciekawe festiwale poznańskie giną gdzieś w natłoku Open'erów, Offów, Orange'ów, Nowych Horyzontów. Parafrazując krotochwilną piosenkę Przybory, można by napisać, że w Poznaniu nic jak zwykle się nie dzieje.

Na bok jednak krotochwile, bo uważny felietonista zauważy bez trudu temat wiodący i zajmujący większość światłych poznaniaków najbardziej. Temat, w którego roztrząsaniu elity poznańskie nie mają sobie równych nie tylko w skali miast średnich, ale nawet miast wszelakich. Przynajmniej teoretycznie. Temat brzmi bowiem: rewitalizacja. Zjawisko, którego w Poznaniu nikt nigdy nigdzie nie widział, ale za to wszyscy mają coś o nim do powiedzenia. Szczególnie od ostatnich wyborów samorządowych, kiedy to heroiczym wysiłkiem My-Poznanicacy oraz Jacek Jaśkowiak wbili temat młotkami do głów nie tylko politykom i wyborcom.

Zaczęło się od tego, że nikt przy zdrowych zmysłach nie podważy przecież potrzeby rewitalizacji Śródmieścia, które wyje pustymi witrynami i zabitymi dechami mieszkaniami. W ciągu ostatnich lat niemal całe życie ze Świętego Marcina i okolic wchłonął ciągle niedojedzony lewiatan rozciągnięty na miejscu starego browaru. Perła, owszem, architektury, ale zarazem zakała urbanistyki. Ale Śródmieście to jest jeszcze pikuś, bo to się zawsze jakoś bankami i urzędami opędzi, gorsza rzecz, że dzielnice ościenne zostały wirusem bezdennej pustki zaatakowane. O ile Jeżyce mają bardzo solidny układ odpornościowy i jeszcze się przed atakami choroby bronią, choć zapewne tylko do czasu przemiany uroczej zajezdni tramwajowej w kolejną idiot-galerię handlową, to już wildeckie, łazarskie i śródeckie psy ochoczo do nauki szczekania dupami przystępują.

Ostatnio najgłośniej o Śródce, gdzie kolejny Mohikanin porywa się z tomahawkiem na zastępy kawalerii obojętności. Otwiera restaurację, snuje plany. Cybinę kijem zawraca. Jakby nie pomny przypadków poprzedników, co i tam antykwariat i cafe i kino mieli. Zostali przegonieni przez wysokie czynsze, które narzucili deweloperzy, gdy miasto przerzuciło kładkę spacerową. Bliżej, drożej – wiadomo. Kiedy to się stało, zaczęto mówić o gentryfikacji, która jest niebezpiecznym następstwem rewitalizacji. Chodzi w skrócie o to, że elity finansowe dyskontują sukces kreatywnych pionierów przywracających życie w zaniedbanych dzielnicach. Tak się niby stało ze Śródką.

Gdy się jednak przyjrzymy bliżej temu przypadkowi, to zauważymy, że tak naprawdę dzielnica zakatedralna żadnej rewitalizacji się nie doczekała. Bo jakże można mówić o procesie przywracania do życia, skoro prosperity zaimplementowanych tam przybytków trwało nie dłużej niż trzy lata? Podsumujmy co tam było: kino Malta, antykwariat Pokój z widokiem, kościół i reszta tak jak wcześniej. Potem doszła słynna kładka. To raczej można porównać do elektrowstrząsów jakie aplikuje się pacjentom w stanie agonalnym, a nie nazywać rewitalizacją. Nikt tam nawet nie próbował nic rewitalizować. Ot, jeden człowiek prowadził fajne kino, a drugi otworzył księgarnię.

Dobrym przykładem rewitalizacji jest Kraków. Tam właściwie jest to proces ciągły i mocno spontaniczny. Rewitalizuje się wszystko naraz, bez ładu i składu, ale za to z dużym wdziękiem. I można tam zauważyć proces gentryfikacji zrewitalizowanych dzielnic, oj można. Stare Miasto całe jest już w łapach burżujów, kapitalistów, sieci międzynarodowych. Kazimierz jest przez nich przejmowany ulica po ulicy, a niedobitki rewitalizatorów uciekają świeżo ułożoną kładką na zawiślane Podgórze. Ha, nie wiedzą, że ta kładka to sprytny fortel gentryfikatorów, którzy już wykupują kamienice po drugiej stronie Wisły.

Oczywiście, gentryfikacja to nie jest ciekawe zjawisko. Przychodzą bogacze i przepędzają biedaków. Mało to wdzięczne, ale z drugiej strony trochę nieuniknione. Stare kamienice są tak pobudowane, że na ich utrzymanie stać jedynie zamożnych ludzi albo takich, którzy umieją nimi umiejętnie zarządzać. Ludzie zakwaterowani w nich w latach poprzedniego ustroju, zazwyczaj nie mają nie tylko pieniędzy, ale nawet chęci utrzymywania resztek splendoru klimatotwórczych budynków. Stąd, prędzej czy później ruderę przejmuje kapitalista i urządza w niej, co mu się tam podoba. W Krakowie zazwyczaj: hotel, hostel, restaurację, klub muzyczny albo sklep z pamiątkami.

Ofiarami gentryfikacji poza starymi mieszkańcami, padają też często, gęsto artyści i animatorzy. Sam byłem świadkiem, jak z mojej ulicy zniknął teatr Łaźnia i powstał jakiś tandetny klub z muzyką elektro albo inne porno-disco. Ale teatr się nie obraził i pojechał rewitalizować dalej, hen do Nowej Huty. Artyści bywają też wyrzucani z mieszkań w centrum, bo nie stać ich na nie. Z drugiej strony inni, żyją jak pączki w maśle oglądając rynek z okien swoich galerii, które odzyskali w ramach reprywatyzacji lub nabyli z zaoszczędzonych apanaży. Procesy gentryfikacji i rewitalizacji tak się w Krakowie ze sobą posplatały, że trudno odróżnić dobre skutki jednych od złych skutków drugich. Efekt globalny jest taki, że Kraków tętni życiem jakby był co najmniej Pragą czy Amsterdamem.

Przywołany krakowski Kazimierz był jeszcze 15 lat temu dzielnicą, przez którą chyłkiem przejeżdżało się tramwajem. I to w wagonie za motorniczym, bo z drugiego można było już nie wyjść. Klimat zatem jak z poznańskiej Wildy z podobnego okresu. Dziś Wilda niewiele się zmieniła, a na Kazimierz walą tłumy z całego świata. Oczywiście, inne potencjały, inna geneza, ale smutny fakt jest taki, że są miasta, które życie mają wpisane w DNA i są takie, które o życiu tylko opowiadają.

Banalna prawda o rewitalizacji jest taka, że nie da się jej zaplanować. Można dla niej stworzyć warunki, można sypnąć trochę pieniędzmi, ale jeśli ludzie się na to nie otworzą, to i tak będzie lipa. Mam smutne wrażenie, że w Poznaniu właśnie rewitalizacja jest bardziej figurą retoryczną i ekstrawaganckim postulatem. Z pobieżnych wyliczeń wychodzi mi na to, że wszyscy poznańscy rewitalizatorzy oraz ich target zmieściliby się spokojnie na Rynku Śródeckim i w dwóch-trzech okolicznych uliczkach. I to z Meskaliną, Rozbratem oraz Dragonem licząc, boć to przecież największe armaty, z jakich odnowiciele strzelać jeszcze mogą.

Jest coś takiego w mentalności poznańskiej, co każe absolutnie ignorować inicjatywy rewitalizacyjne, przyklaskując jednocześnie wszelkim inicjatywom gentryfikacyjnym. I tu mamy chyba sedno problemu. Sama gentryfikacja, choć niewdzięczna, nie musi prowadzić do skutków nieodwracalnych i haniebnych, jeśli jednak, jak to się dzieje w Poznaniu, gentryfikacja wyprzedza rewitalizację, to nie można się spodziewać niczego dobrego. Przecież trudno liczyć, że portugalscy inwestorzy postanowią otworzyć w zajezdni na Gajowej centrum sztuki współczesnej, a pani Kulczyk wyprowadzi działalność z powrotem w przestrzeń miejską, zamieniając swojego wielogłowego smoka w długo oczekiwaną salę koncertową.









Marcin Muth




Komentarze (0)

Zapisz się do kanału RRS tego komentarza

Pokaż/Ukryj Komentarze

Napisz komentarz

pomniejsz | powiększ obszar

Poprawiony: środa, 01 czerwca 2011 14:01