Poznański Rych Obywatelski
Marcin Muth   
poniedziałek, 13 czerwca 2011


Niewiele rzeczy jest pewnych w coraz szybciej zmieniającym się świecie, ale w jednej sprawie nie ma żadnych wątpliwości. Otóż, szybka rzeczywistość wymaga szybkich ruchów. Jak śpiewał bowiem w filmowym hicie mojego dzieciństwa Felicjan Andrzejczak: „dobrze tańczyć to nie wszystko, trzeba jeszcze ruszać się”.

 

Wtedy nie przeczuwałem, jak głęboka to prawda i jak w swej głębokości jednak niewystarczająca. Ruch bowiem to pojęcie złożone, wielowarstwowe i wieloznaczne. Może w ostateczności prowadzić do zmiany biegu wypadków lub po prostu do wyruchania uczestników. Jak jednak się zorientować, który ruch jest który?

Wolność wywalczona kartkami wyborczymi w 1989 roku nie od razu skłoniła Polaków do ruchu. Na początku była potrzeba utrzymania status quo oraz ewentualnego odzyskania utraconych pozycji. W języku publicznym dominowały partie, związki, unie, sojusze, porozumienia, ligi i bloki – wszystkie zakładające raczej okopywanie się niż poruszanie. Jedyne ruchy jakie pamiętam, to Ruch Odbudowy Polski kierowany przez najbardziej nieruchomego polityka jakiego widziałem oraz Ruch Chorzów, który nie miał dobrego czasu i balansował między pierwszą a drugą ligą.

Po wielkim wysiłku „Solidarności“ w latach 80. obywatele nie byli zainteresowani kolejnymi przedsięwzięciami oddolnymi, szczególnie, że odgórnie zostali zmuszeni do zadbania przede wszystkim o własne interesy. Polskie społeczeństwo zostało w bardzo szybkim tempie podzielone na zwalczające się grupy interesów właśnie. Inteligencja napuszczona na chłopów, przedsiębiorcy na budżetówkę, urzędnicy na obywateli, bezrobotni na pracujących, kościół na media, lewica na prawicę, centrum na boki. Za parawanem idiotycznych często sporów politycy nie robili nic, a „biznesmeni” prywatyzowali.

Owocem indolencji polskich elit lat 90. były autentyczne ruchy sprzeciwu. Pierwszy, najbardziej spektakularny, to ruch ludzi odrzuconych występujący pod nazwą Samoobrona i pod przewodem Andrzeja Leppera. Jego żywot był niezbyt długi, ale brzemienny w skutki. Pokazał bowiem politykom, do czego może doprowadzić pozorowanie działań i robienie obywateli w wała. Drugi, bardzo widoczny, acz ciągle niedoceniany był dla kraju dużo bardziej bolesny. Ruch emigracyjny. Bodaj 2 miliony Polaków, głównie młodych, często po studiach, wyjechało zmywać gary i robić hot-dogi. Wróciła pewnie spora część, bo kryzys, ale z pewnością zapał modernizacyjny od tych przymusowych robót im nie wzrósł.

Politycy przedstawiali wielką emigrację jako swój sukces. Jesteśmy w Europie, możemy swobodnie zmieniać miejsce zamieszkania i zarabiania. Milczeli oczywiście o tym, że wszyscy wyjeżdżający zostali wykształceni za nasze pieniądze. Zostali wykształceni bez sensu i bez potrzeby zazwyczaj w kierunkach, które w Polsce nijak nie są potrzebne. Równie dobrze można było te pieniądze przeznaczyć na Świątynię Opatrzności Bożej. Ten sam sens, ale za to walor duchowy większy. Młodzi z wozu – koniom lżej. Politycy wolni od nacisku bezrobotnych absolwentów, rozbili w puch Leppera ruch i wrócili do zaciekłej modernizacji.

Oczywiście, nie można w nieskończoność przykrywać swojej nieudolności kłótniami, procesami i liczyć na to, że zachodnie kraje przyjmą naszych absolwentów z otwartymi ramionami. Partie obecnie nam panujące opanowały sztukę kamuflażu do perfekcji. Jedni ciągle w kaskach i na koparkach modernizują co się da, jednocześnie strasząc średniowieczem. Drudzy gonią po wioskach czarownice i chcą je palić przy każdej okazji. Obok nich dwa związki zawodowe: byłej nomenklatury oraz rolników, obszarników, leśników i urzędników szczebla powiatowego. Wszyscy ostatnio za pieniądze podatników przekonują, że są czujni i jak nigdy wsłuchani w głos ludu.

Głos ludu bowiem coraz głośniej domaga się zmian. Jeszcze nie do końca wie jakich, ale już artykułuje twardo, że tak dalej być nie może. I tu na scenę wchodzą ruchy. Ruchy oddolne i niesterowalne z centrali. Ruchy nie zawsze sformalizowane, zagospodarowujące jednak coraz skuteczniej obywatelskie rozczarowanie. Najlepiej widać je na poziomie miast, gdzie stosunkowo łatwo znaleźć zaplecze intelektualne i organizacyjne dla działań publicznych. Wokół animatorów kultury, działaczy społecznych, architektów, wykładowców akademickich, ekologów czy nawet przedsiębiorców powstają organizacje coraz skuteczniej naciskające na władze oficjalne.

Już niebawem w Poznaniu odbędzie się Kongres Ruchów Miejskich. Przyjadą przedstawiciele blisko 50 organizacji z miast wielkich, ale i mniejszych jak np. niepozornie wyglądający na mapie, ale intrygujący przy bliższym poznaniu Sulechów. Kongres jest oczywistą antytezą wobec oficjalnych konwencji wszystkich naszych kochanych partii politycznych, które właśnie zaczynają wyścig do władzy. Ponieważ w kampaniach wyborczych zawsze brakuje miejsca i czasu na merytoryczną dyskusję, ten ciężar biorą na siebie ruchy. W tym przypadku miejskie.

Ważne jednak, aby odróżnić ruch autentyczny od pozorowanego. Patrząc bowiem na mapę polityczną Poznania, możemy dostrzec próbę podszycia się pod ruch społeczny. Próbę bezczelną, na którą mógł się zdobyć tylko człowiek pozbawiony wyobraźni oraz skrupułów. Zaistniało bowiem coś takiego jak Poznański Ruch Obywatelski. Zaistniało wokół prezydenta Ryszarda Grobelnego, człowieka, który od 13 lat rządzi miastem, a wcześniej nim współrządził. Człowieka w największym stopniu odpowiedzialnego za obecny stan miasta. Człowieka, który uważa, że miasto harmonijnie się rozwija i jest liderem wśród innych polskich miast.

Dlaczego prezydent odwołuje się do pomocy obywateli, skoro mu tak dobrze idzie? Robi to, bo stracił wszelkie zaplecze polityczne. Wszyscy bowiem choć trochę zorientowani w sprawach miasta, wiedzą, że jego rządy doprowadziły Poznań jeśli nie na skraj przepaści, to na pewno w okolice sporej dziury. Zrozumieli to nawet liderzy partii politycznych, których o jakąś szczególną przenikliwość podejrzewać nie można. Zrozumieli to dawno najaktywniejsi poznaniacy. Zebrał zatem pan Ryszard wokół siebie drużynę wysokich urzędników miejskich, skłóconych z dawnymi partiami radnych oraz kupionych obietnicami działaczy osiedlowych. Zebrał i wygrał. Wprowadził ich bowiem do rady miejskiej.

Nazywało się to to dotąd „Jeszcze więcej dla Poznania”. Żeby jednak nikt sobie nie dopisywał np. „Jeszcze więcej długów dla Poznania”, zmieniono szyld na „Poznański Ruch Obywatelski”, który ja nazwałbym jednak zgodnie z prawdą POZNAŃSKIM RYCHEM OBYWATELSKIM. Ma się nawet ktoś z tego tworu do Senatu udać. Pomysł jest bowiem taki, żeby utworzyć silną grupę nacisku skupioną wokół liderów samorządowych z całego kraju pod przewodem pana Dutkiewicza z Wrocławia. Pomysł jest, przyznam, nawet zacny, ale uczestnictwo w nim Ryszarda Grobelnego jest, niestety, dowodem, że jest to raczej Związek Zawodowy Prezydentów Miast niż inicjatywa jednocząca ludzi myślących sensownie o rozwoju samorządności.

Tupet z jakim Ryszard Grobelny próbuje wcisnąć poznaniakom kit, że jest autentycznym liderem społeczności miejskiej zatroskanym o jego dobro jest porównywalny jedynie z indolencją pozostałych poznańskich liderów, którzy nie potrafią przedstawić sensownej alternatywy personalnej i intelektualnej. Siła „Poznańskiego Ruchu Obywatelskiego” tkwi w słabości poznańskich partii. Nie jest jednak przypadkiem, że właśnie w Poznaniu działa najsilniejszy społeczny ruch miejski w skali polskich metropolii. Nowe idee najlepiej przyjmują się bowiem tam, gdzie stare najbardziej się kompromitują.

 

 

 

 

 

 Marcin Muth

Komentarze (0)

Zapisz się do kanału RRS tego komentarza

Pokaż/Ukryj Komentarze

Napisz komentarz

pomniejsz | powiększ obszar

Poprawiony: poniedziałek, 13 czerwca 2011 06:16