Idiom: Pamiętniki wampirów
Marcin Muth   
wtorek, 05 lipca 2011


Zaczyna się kolejne lato festiwalowe w Polsce. Odkąd cywilizacja europejska odkryła, że nie ma już nic do wyprodukowania, podbicia, kupienia i/lub sprzedania, zajęła się taśmową produkcją festiwali. Każdy kraj, każdy region, każde miasto, miasteczko, wioseczka czy chutor muszą mieć przynajmniej jeden festiwal, który rzuci na kolana pół europejskiego powiatu.


Oczywiście tematów oryginalnych, a zarazem interesujących gawiedź nie ma w przyrodzie aż tyle, żeby każdy organizował festiwal czego innego. Pół biedy jeszcze, gdy miejscowość odznacza się jakąś oryginalną tradycją własnego autorstwa. Choćby głupią jak but pampeluńską pogonią za bykami czy równie abstrakcyjną rywalizacją w rzucie beretem. Wtedy wystarczy tylko zaprosić telewizję i gotowe święto.

Gorzej mają miejsca, których mieszkańcy twardo stąpają po ziemi i nie lubią byle czym się zadowolić. A co więcej, uważają, że ich miasto lub region są wyjątkowe i zachwytu godne bez względu na to, co się tutaj dzieje lub nie dzieje. Takie miejsca wypadają z mapy festiwalowej, a co za tym idzie z wyobraźni potencjalnych gości festiwalowych. Zatem swoje festiwale trzeba hodować, dbać o nie i podlewać bez ustanku.

Ostatnio usłyszałem od koleżanki, że chce pojechać do Poznania. Mocno zaskoczony, ale też zaciekawiony, zapytałem dość głupio „po co?”. Odparła, że nie wie po co, ale jeszcze tam nie była i nic o tym mieście nie wie. Ani pierwsze dziwne, ani drugie dziwne, bo koleżanka młoda, to jeszcze niewiele widziała, ale dużo dziwniejsze było, że się Poznaniem zainteresowała bez powodu i bezinteresownie. Właściwie tylko dlatego, że Kraków, Wrocław i Trójmiasto ma już obcykane.

No i co ja jej miałem polecić? Oczywiście, jest w Poznaniu urokliwe Stare Miasto, z którego można na Śródkę i Maltę się przejść, a w drodze zahaczyć o Dragona, Meskalinę, Rzeźnię (jeśli akurat się coś dzieje), Cafe Mięsna, KontenerArt i zobaczyć pawilon Nowej Gazowni, który nie wiadomo do czego będzie służył, ale brzmi ładnie. Można pójść w drugą stronę i zobaczyć pruską dzielnicę, a przy odrobinie szczęścia natknąć się na koncert czy wystawę w CK Zamek, albo dalej na Jeżycach obejrzeć wystawkę w Stereo i lemury w Starym ZOO. To wszystko jednak latem niezbyt jest żywe i raczej tchnie atmosferą oczekiwania na pociąg nad morze lub w góry.

Pomyślałem zatem, że sprawdzę, jakie też nasze miasto przygotowało festiwalowe wabiki na turystów. Na stronie miejskiej bez trudu, co się chwali, znalazłem informacje o festiwalach „inspired by Poznań”. W menu dla spragnionych Poznania znalazłem cztery wydarzenia międzynarodowe: Malta Festival (4-9 lipca), Festiwal Filmów Animowanych Animator (15-21 lipca), Festiwal Filmu i Muzyki Transatlantyk (5-13 sierpnia) oraz Dancing
Poznań
(20-27 sierpnia).

Pierwszy z nich to jeden z najlepszych polskich festiwali, organizowany z sukcesem od 20 lat i doskonale współgrający z kulturalnym klimatem miasta tworzonym w dużej mierze przez inicjatywy alternatywne. Jego atutem jest oryginalna formuła i ciągle poszerzana tematyka. Żadne inne miasto, choć niektóre próbowały, nie zbudowało tak wielowątkowego wydarzenia prezentującego mniej efekciarską stronę popkultury. W tym roku tematem przewodnim będą Wykluczeni, co jest jeszcze ciekawsze w kontekście głośnej dyskusji o kontenerach socjalnych czy rewitalizacji starych dzielnic. Niepotrzebnie tylko może forsują w promocji słowo „idiom”, które chyba brzmi obco dla szarego odbiorcy form outdoorowych.

Festiwale Animator oraz Dancing Poznań to bardziej niszowe wydarzenia, pozbawione spektakularnych gwiazd ściągających na nie mniej lub zgoła w ogóle niezainteresowanych tematem, jak np. Portishead, który zapewne ściągnie na Maltę tysiące fanów plenerów muzycznych. Oprócz amatorów filmów animowanych i tańca, dobrze będzie, jeśli na imprezy tych dwóch festiwali pofatygują się przypadkowi przechodnie i kilku znudzonych turystów. Z tego co pamiętam, poznaniacy i tak wolą plaże Skorzęcina.

Ostatni festiwal to największa zagadka. Kim jest Jan A.P. Kaczmarek to wie, mam nadzieję, wiele osób. O tym, że w wielkopolskim pałacu założył Instytut ROZBITEK wie ich chyba znacznie mniej. Natomiast o tym, że robi w Poznaniu festiwal, to już chyba wie mało kto. Nawet śledząc dość uważnie newsy kulturalne, co niewielu ludzi robi, trudno było dotychczas stwierdzić co, gdzie i w jakim celu będzie się nazywać Transatlantyk.

Na szczęście w czerwcu wszystko się wyjaśniło. Na półtora miesiąca przed startem przedstawiono z wielką pompą ambasadora imprezy – Paula Wesley'a. Kogo? No jak to kogo – gwiazdora serialu „Pamiętniki wampirów”. Jakiego serialu? No jak to – tego, który leci w amerykańskiej stacji The CW, a w Polsce raz w TVN, a raz w TVN7. No gwiazda, jak tylko wrzuci na twittera info, cały świat o nas usłyszy – tłumaczył szef festiwalu.

No to się na tego twittera pofatygowałem. Paul jest tam obecny. Ma prawie 330 tys. followerów, czyli śledzących wpisy. To dużo, bo zwykły człowiek ma zazwyczaj od kilkudziesięciu do kilkuset, jeśli już w ogóle jest na twitterze, bo większość zwykłych ludzi nie wie co tam robić. Ale też to mało, bo np. Kevin Smith ma 1,8 mln followerów. Ale nie czepiajmy się, może tych 330 tys. narybku dzięki Paulowi dowie się czegoś o naszym pięknym mieście.

Niestety, póki co, Paul napisał tylko: In Poland- visiting the location of my good friend Jan Kaczmarek's upcoming film festival- transatlantyk.org - proud to be a part of it. Dla słabiej znających narzecze wolne tłumaczenie: W Polsce odwiedziłem miejsce nadchodzącego festiwalu transatlantyk.org, który organizuje mój przyjaciel Jan Kaczmarek, jestem dumny. Link jest podany ze spacją, więc nie ładuje się automatycznie, trzeba go przerzucić do wyszukiwarki. Niewielu ludzi robi takie skomplikowane rzeczy, żeby się dowiedzieć o tysiąc sto dwadziestym piątym festiwalu filmowym.

Ja to jednak zrobiłem, bo to moje miasto i mój może festiwal. Wszedłem na całkiem ładną stronę internetową i przeczytałem, że Transatlantyk jest festiwalem idei. Używając siły filmu i muzyki chcemy inspirować rozmowę na ważne tematy. Słowa Jana A.P. Kaczmarka brzmią nieco banalnie, ale jak się wczytać głębiej, nabierają treści. W festiwalu chodzi o to, żeby zbudować platformę silniejszych związków między społeczeństwem, sztuką i środowiskiem. Nie ma się co śmiać, ziemia ginie, a my tu się włóczymy po festiwalach. Nareszcie ktoś dostrzegł temat i zaprosił słynnego Paula Wesley'a.

Wyśmiewać może łatwo, ale faktycznie coś zgrzyta w komunikacji tego nowego cudu festiwalowego. Gdzieś mi tu pachnie ekologią i troską, ale nie jest to powiedziane wprost. Nie jest nawet przykręcony do tego szyld Poznań dla ziemi, który był jedną z sensowniejszych inicjatyw promocyjno-organizacyjnych miasta, a tu jak ulał by pasował. Ambasador Paul jest dość przypadkowy, a główny wyróżnik, czyli muzyka, ginie gdzieś w tym pustosłowiu przykryta dodatkowo wydarzeniami muzycznymi na innych festiwalach.

Jeśli Poznań chciał tym festiwalem zaistnieć, to udało mu się na razie średnio. Wokół roi się od festiwali filmowych. Pal licho nawet Berlin, Gdynię czy Wrocław, ale takie imprezy mają też Kraków, Warszawa, Łagów i Słupca. Naszym atutem ciągle pozostaje sam Jan A.P. Kaczmarek oraz chwytliwa nazwa, za którą, jak sądzę, miała się kryć idea przenikania kultur, a także swoistego mostu między Europą a Ameryką.

Ja wierzę nawet, że Janowi A.P. Kaczmarkowi przyświeca jakaś głębsza myśl, bo przecież nie przypadkiem swój instytut nazwał Rozbitek, a festiwal Transatlantyk. Przecież to budzi dość jasne, choć niezbyt uporządkowane skojarzenia. Tylko nie wiem jeszcze, czy polecić koleżance wizytę akurat na tym festiwalu. Może lepiej animacje? Albo taniec? Albo Skorzęcin?







Marcin Muth

Komentarze (0)

Zapisz się do kanału RRS tego komentarza

Pokaż/Ukryj Komentarze

Napisz komentarz

pomniejsz | powiększ obszar

Poprawiony: wtorek, 05 lipca 2011 01:15