Krótka historia barbarzyńców
Marcin Muth   
wtorek, 16 sierpnia 2011
Historia Polski nie była łatwa, ale można ją ująć w dość prostą prawidłowość. Mianowicie da się zauważyć taki oto cykl. Etap pierwszy to rozwój, inwestycje, podboje oraz następujący zaraz potem etap drugi polegający na najazdach obcych, powstaniach ciemiężonych i ogólnej destrukcji dotychczasowego dobrobytu. Miasto nasze Poznań, choć mocno osobne na mapie Polski i dość oryginalne w posadach, to jednak w los ten nieszczęsny cykliczny również było się skutecznie wpisało.

I tak poczytać sobie możemy, że Piastowie pierwsi, a wśród nich Mieszko i Bolesław zwany Chrobrym przede wszystkim, pobudowali ceglane domki w środku lasu, cywilizację łacińską na dzikich ziemiach zaczynając. Wszystko szło świetnie, a nawet lepiej, bo ich plemię potrafiło spuścić manto nie tylko jakimś tam Czechom, Rusiom czy Pomorzom, ale nawet wojskom cesarskim nasłanym w celach wiadomych a niecnych. Cóż jednak po tym, gdy zaraz po śmierci Chrobrego, kłopoty nastały ogromne zwieńczone niszczycielskim najazdem Brzetysława.

Podobnież potem możemy poczytać o renesansie, kiedy się Poznań jako tako podźwignął po gorszych czasach i nawet rozwinął. Dowiemy się tedy, jak to Struś leczył, a Jan Baptysta Quadro budował i budował, aż perłę renesansu postawił, wdzięczność i sławę wiekopomną zyskując. Cóż i jednak po tym, skoro cały ów bujny i szalenie opłacalny dla miast okres odrodzenia zakończony został epoką powstań, wojen i zniszczeń. Poznaniowi akurat trafili się Szwedzi, którzy w wiekach XVI i XVII bardzo chętnie przerzucali wyż demograficzny na wyżywienie za rubieże swoje.


Dość powiedzieć, że z perły renesansu stał się Poznań zabitą dechami dziurą, a liczba mieszkańców do jakichś
4 tysięcy zmalała
. Sytuacja miasta i wsi okolicznych do tego stopnia była fatalna, że postanowiono, co w Polsce rzadko bywa, ratować się niemieckim desantem. Nasprowadzano wtedy Bambrów, którzy region podnieśli i do dziś w dużej mierze o jego sile i charakterze stanowią. Ale znowu nie tak różowo. Owszem, oświecenie przyniosło jako taki rozwój, wzmocniony działalnością pierwszych organiczników, ale natychmiast został ten rozwój przystopowany murami twierdzy pruskiej i epidemiami cholery.

Potem wiadomo, że znowu rozwój, choć pod dyktando władz pruskich, ale jednak dość dynamiczny przerwany jedynie wojną światową pierwszą, która notabene miasto najmniej zniszczyła, a kontynuowany przez Polaków z drobnym udziałem V kolumny w dwudziestoleciu międzywojennym. Geopolityczne położenie nasze spowodowało jednak utratę stosunkowo dużej ilości zdobyczy okresu ówczesnego. Ani bowiem wojska niemieckie, ani rosyjskie nie potrafiły uszanować substancji miejskiej w zakresie wystarczającym.

Na tym jednak szczęśliwie skończyły się wojny, a miasto nasze weszło w długi okres pokoju i rozwoju. Niestety, jak się miało okazać, pokój nie zawsze oznacza brak zniszczeń, a dobrobyt nie zawsze pozwala na utrzymanie osiągnięć poprzedników. Istnieje bowiem tendencja, która pod hasłem modernizacji każe niszczyć nie dość nowoczesne konstrukcje z lat poprzednich. Jeśli zatem jakiś szczęśliwy pałac albo też kamienica fuksiara uratowały się jakoś przed zalaniem szwedzkim potopem, ogniem radzieckich katiusz i gąsienicami niemieckich czołgów, to nie mogą wcale być spokojne o swój dalszy żywot, albowiem zawsze dopaść je może zapał modernizacyjny.

Zapał ten obecny był zarówno w minionej epoce, kiedy miastem rządzili tzw. komuniści oraz obecny jest teraz, gdy rządzą nim tzw. demokraci. Pomimo różnic dzielących obie epoki, doszukać się można podobieństwa na poziomie pogardy dla tradycji z jednej strony, a osiągnięć architektonicznych i urbanistycznych z drugiej. Prześledźmy jak to działa na przykładzie słynnej kamienicy z Ogrodowej, która lada chwila runie, gdyż została doprowadzona do ruiny przez obecnych i poprzednich właścicieli.

Szuka się obecnie odpowiedzialnych za zaniedbania, odsądzając od czci i wiary miejskich urzędników oraz ostatnich jej posiadaczy. Pomija się zaś przy tym często element szalenie istotny dla zrozumienia losu kamienic poznańskich w ogóle. Otóż, pierwszym ciosem jaki został zadany tym niejednokrotnie pięknym budynkom, była reforma powojenna odbierająca je prawowitym właścicielom. Wtedy to właśnie kamienice budowane przez zapobiegliwych poznańskich kupców (burżujów) czy co bogatszych rolników (kułaków) zostały rozparcelowane między nowych lokatorów, których jedynym obowiązkiem było płacenie czynszu nieodpowiadającego kosztom utrzymania budynku.

Ostatnich 50-60 lat dla większości kamienic śródmiejskich, śródeckich, jeżyckich, wildeckich czy łazarskich to czasy systematycznej demolki. Ludzie je zamieszkujący kiedyś nie inwestowali w domy, ponieważ nigdy nie były i nie miały być ich. Odpowiedzialność za utrzymanie budynków spadała na urzędników miejskiej administracji, którzy również nie dysponowali przecież odpowiednimi środkami na utrzymanie budynków, a poza tym osiągnięcia burżuazyjnej epoki mieli zazwyczaj w pompie. Można powiedzieć, że komuniści nie mieli litości dla niesłusznej przeszłości. Potrafili przecież wyburzać całe kwartały miast, żeby zbudować tam budynki i trasy na miarę wyzwań epoki, które dziś raz straszą a raz wzruszają poszukiwaczy mentalnych sprzeczności.

Niewiele jednak się zmieniło w latach 90. gdy spadkobiercy starych właścicieli zaczęli odzyskiwać zniszczone budynki. Często skomplikowany układ własnościowy, regulowane czynsze oraz trudny element zamieszkujący kamienice wielu poznańskich „kamieniczników” nie posiadających przecież własnego kapitału (bo skąd?) zniechęcił do posiadania kamienic, które padały łupem często bezwzględnych deweloperów i różnej maści „inwestorów”. Duża część z nich nie miała skrupułów, które paraliżowały odzyskujących domy przedwojennych właścicieli. Gdy tylko można było podnieść czynsze, to je podnosili, a gdy można było kamienicę zburzyć, burzyli. Uciążliwi lokatorzy byli ich sojusznikami w burzeniu nikomu niepotrzebnych budynków, które nie spełniają potrzeb dzisiejszego rynku.


Taki los spotkał piękną kamienicę przy Ogrodowej, podobny los może spotkać kamienicę na Łazarzu przy Matejki. Zdemolowane, wybebeszone, porzucone przez właścicieli zainteresowanych tylko zyskiem, na naszych oczach obracają się w gruzy. Nikt ich nie ratuje po pierwsze dlatego że nie ma instrumentów prawnych pozwalających na to, a po drugie dlatego że, parafrazując włodarza naszego miasta, w Polsce „nie ma tradycji” dbania o spuściznę architektoniczną i urbanistyczną.


Skoro w Warszawie można było zburzyć modernistyczne perły jak Megasam czy Kino Moskwa, a kino Praha przerobić na zwykły multipleks. Skoro w Katowicach można było bez żalu zniszczyć wyjątkowe w swej surowości kielichy dworca PKP, a w Gdyni tuż przy Skwerze Kościuszki postawiono gigantyczny drapacz chmur przypominający radziecki wibrator. Skoro takie rzeczy uchodzą w Polsce bezkarnie, to czymże jest wyburzenie jednej czy dwóch kamienic?

W moim rodzinnym Puszczykowie stoi stara willa Jadwinówka. Wymieniają ją wszystkie przewodniki jako piękny okaz willowej zabudowy miasta-ogrodu z przełomu XIX i XX wieku. Odkąd pamiętam, czyli od prawie 30 lat, willa popada w ruinę. Drewniane balkony łamią się, gniją i niszczeją. Ściany się obsypują, dach bezwładnie opada. Nikt palcem nie kiwa, żeby coś z tym zrobić. Z braku pieniędzy zapewne. Tuż obok stawiane są natomiast na potęgę i, jak mniemam, za ciężkie pieniądze kolejne straszydła w stylu dworkowym, barokowym czy nawet antycznym. Jedne większe, brzydsze i droższe od drugich. Nie mam pojęcia jak przekierować bezsensownie wyrzucane w inwestycyjne błoto pieniądze na uratowanie tego, co w Polsce, Poznaniu, Puszczykowie rzadkie i uratowania godne. Mam jednak nieodparte wrażenie, że dużą część energii idącej na budowanie zamków na piasku i stadionów na bagnach, można zainwestować w ratowanie poznańskich kamienic, podpoznańskich willi oraz modernistycznych reliktów.






Marcin Muth


 

Komentarze (0)

Zapisz się do kanału RRS tego komentarza

Pokaż/Ukryj Komentarze

Napisz komentarz

pomniejsz | powiększ obszar

Poprawiony: wtorek, 16 sierpnia 2011 16:41