Disneyland w mieście Gotham
Kacper Pobłocki   
piątek, 28 stycznia 2011

Prezentujemy pierwszy tekst w nowym cyklu "MiastoTeka". Będziemy w nim regularnie publikować osobiste relacje z podróży do różnych miast świata. Już za tydzień: Rzym, a potem Barcelona, Wiedeń, Tirana i inne! Zachęcamy również naszych czytelników do podzielenia się własnymi, miejskimi wrażeniami. Propozycje tekstów prosimy nadsyłać pod adres: Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć. . (red.)


Nowy Jork uchodzi za kwintesencję miejskości – mimo, że jest to miasto, w którym dobrze żyć jest bardzo trudno. Na pewno warto w nim być, warto też nieco pobyć. Ale ci, którzy szukają miasta „dobrego do życia” z Nowego Jorku w końcu uciekają.

Nie dotarłem do Nowego Jorku tak jak robiła to większość imigrantów z Europy szukających szczęścia za oceanem i jak zrobił to jeszcze jakieś dwie dekady temu brytyjski pisarz Jonathan Raban – łodzią przez ocean. Jednak gdy lądowałem na JFK, nocą, to tak jak wszyscy przede mną, doświadczyłem tego szeroko opisywanego uczucia zapartego tchu w piersiach. Miasto z góry wyglądało spektakularnie – jak rozżarzone ognisko, rozciągające się od horyzontu po horyzont, koloru krwi i bursztynu.

Od razu wyszły ze mnie europejskie nawyki. Pierwszą rzecz, jaką chciałem zrobić, to kupić dobrą, szczegółową mapę. W europejskich metropoliach nie da się bez takiej żyć. Tutaj większość ludzi radzi sobie świetnie bez niej, a w większości sklepów można dostać tylko bardzo ogólne mapy sieci metra. Gdy w końcu po dwóch dniach poszukiwań w wyspecjalizowanej księgarni znalazłem mapę-książeczkę, zrozumiałem, że po Nowym Jorku chodzi się inaczej niż po europejskich miastach. Przez to, że ulice są ponumerowane i przecinają się pod kątem prostym, wystarczy jedynie zmysł orientacji i umiejętność liczenia. A o to, gdzie jest wschód i gdzie północ, można zapytać każdego przechodnia. I to właśnie instynktowna znajomość kierunków świata odróżnia stałych mieszkańców od turystów.

No i już pierwszego dnia, podobnie jak wszystkim innym przede mną, Nowy Jork, ta, jak to ujął Raban, „światowa stolica wszystko może się zdarzyć” dał mi poczucie, lub iluzję, nieograniczonej swobody – w postaci tzw. jaywalking (patrz zdjęcie powyżej). Jest to jedna z podstawowych nowojorskich umiejętności: przechodzenie na czerwonym świetle. A w zasadzie na każdym świetle – byle z uwagą i troską o własne życie. Oddałem się łamaniu przepisów z dziką radością, choć szybko zauważyłem, że nawyki kierowców i styl jazdy w Nowym Jorku są jeszcze bardziej „dzikie” niż w Polsce. A jazda na rowerze po Manhattanie ociera się o samobójstwo.

Tak się złożyło, że po kilku dniach zepsuły mi się buty. Postanowiłem kupić sobie nowe, a jako, że właśnie rozpoczął się sezon przecen, mogłem pozwolić sobie na takie z (nieco) wyższej półki. W końcu miałem zamiar pochodzić po tym mieście, więc buty – rzecz najważniejsza. I od razu odkryłem kolejną zasadę Nowego Jorku – możesz być tutaj kim tylko chcesz, ale z jednym wyjątkiem. Już w 1886 r. autor apokaliptycznej powieści Zniszczenie miasta Gotham, pisał: „w Nowym Jorku możesz mieć nieskończoną liczbę żyć – to znaczy tyle, za ile możesz zapłacić. Pierwszym z Dziesięciu Przykazań tego miasta jest: 'Nie bądź biedny'”. Gdy, po zakupie tych butów, zdarzyło mi się wejść do sklepu obuwniczego, wzrok pracowników obsługi od razu wędrował w dół, w stronę moich stóp. W przeciągu ułamku sekundy oceniali zasobność mojego portfela i – wyciągając w moim przypadku złe wnioski – po chwili otaczał mnie mały tłumek palących się do pomocy ekspedientów. Był to szczególny szok, gdyż obsługa klienta w Nowym Jorku z reguły jest niemiła, szorstka i zupełnie odmienna od słynnej amerykańskiej customer service z szerokim uśmiechem mimo wszystko. Wyjątkiem jest sytuacja, gdy masz na twarzy, lub w moim przypadku na nogach, wymalowane pieniądze.

Raban opisywał Nowy Jork jako miasto dwóch „plemion”: ludzi powietrza i ludzi ulicy. Ludzie powietrza, pisał, „lewitują jak fakirzy. Spora część ich dnia jest poświęcona na jazdę windą lub czekanie na nią; a windy odgrywają taką rolę dla kultury nowojorskich klas średnich jaką miały gondole w renesansowej Wenecji. To stanowi fundamentalne rozróżnienie: móc nacisnąć przycisk i śmignąć do swojego apartamentu. Nieważne, czy mieszkasz na szóstym, szesnastym czy sześćdziesiątym piętrze: dostęp do windy oznacza, że twoje życie ma wystarczającą wyporność, aby uchronić cię przed „uziemieniem” i utrzymać nad powierzchnią miasta – będącą w Nowym Jorku synonimem porażki i zagrożenia.”

To jest kolejny szok dla Europejczyka: nikt nie stara się w Nowym Jorku biedy ukrywać. Jest ona widoczna i wszechobecna. W późnych latach osiemdziesiątych, pisał Raban, wszędzie w Nowym Jorku słyszy się słowo „sir” – pan, a raczej „jaśnie pan”. Jeszcze w latach 30stych, „ludzie ulicy” zagadywali: „bracie, masz jakieś drobne?” – ale „teraz już nie jesteśmy 'braćmi' (buddy) – oni są wyklęci z miasta, a ja zamieszkuję apartament z umundurowanymi portierami w korytarzu. Szkoda mi bardzo zniknięcia tego „bracie” – oddaje to jakąś nową bezwzględność charakteryzującą życie w Nowym Jorku”. Dwadzieścia lat później, „sir” jest równie wszechobecne, ale pojawiła się też i nowość, równie bezwzględna: „boss”. Ta forma grzecznościowa przywędrowała razem z imigrantami z byłych europejskich kolonii – „yes, boss; here you are, boss” – jest oznaką pogłębienia się przepaści między nowojorskimi „plemionami”.

„Wielokulturowy” Nowy Jork znam oczywiście z filmów. Ale z bliska widać to, co jest nieco podretuszowane w kinie. „Małe Włochy” wokół Arthur Avenue w Bronxie okazują się być „Małą Albanią” – tzn. za Włochów „robią” albańscy imigranci. Podróż z Manhattanu do Bronxu to jest jak podróż z Pierwszego do Trzeciego świata. Sporo miejsc znam wcześniej z filmów i telewizji – a zatem chodzenie po Manhattanie przypomina zwiedzanie otwartego muzeum kultury masowej. I faktycznie, przez ostatnie kilkanaście lat cały Manhattan przeobraził się w to, co rozpoczęło się na Times Square – znanego z setek błyskających neonów –  wirtualny świat pozbawiony miejskiej „autentyczności”. Central Park jest w zasadzie równie wyabstrachowany od miejskiego życia jak Times Square - taka wielkomiejska cepelia. Oczywiście pozostały w miarę liczne "miejsca spotkań", jak Bryant Park na tyłach Biblioteki Miejskiej (patrz zdjęcie poniżej). Tyle, że jest to praktycznie przedłużenie biura - to tam nowojorscy ludzie powietrza (który jak opisuje Raban stanowią nową arystokrację: jak pokazują też współczesne badania, praca na Manhattanie nie daje takich zarobków, jakie pozwalałyby na prowadzenie "wymaganego" stylu życia - większość 'młodych specjalistów' albo komsumuje na kredyt, albo stara się dogonić postacie z Sex in the City dzięki ciągłemu wsparciu finansowemu rodziców) schodzą na ziemię aby przysiąść na ławce w słońcu i wypić swoje Latte. Parki, które kiedyś były autentyczną przestrzenią miejską, tak jak słynny Tompkins Square Park, w o który na przełomie lat 80. i 90. toczyła się regularna wojna, zostały wchłonięte przez ten Manhattan w wersji light.

Autentycznosci szuka się obecnie w Brooklynie – który jest, jak to się mówi, „Nowym Manhattanem”, nową mekką tzw. hipstersów, cichych wyznawców Jane Jacobs, alternatywnej wiecznie niedojrzałej „czterdziestoletniej młodzieży”, konsumującej bunt i szpanującej niedbałością stylu i niemainstreamowym gustem. Świetnie odnalazła się ona pomiędzy zapuszczonymi budynkami, brudnymi ulicami, światem mody, reklamy i wysokiej sztuki, bezdomnymi proszącymi o drobne i elitą finansową świata. Niedbały i szorstki Nowy Jork, tak różny np. od Bostonu (ten jest jakby wycięty z kataloguTommy Hilfingera) stanowi idealny dom dla hipstersów. I tylko w szczególnych momentach, gdy np. jedzie się metrem na Manhattan o 5 rano, to widać tę całą armię „ludzi ulicy” – źle ubranych, zmęczonych, z lukami w uzębieniu, którzy obsługują ten jeden wielki Disneyland (czy to mainstreamowy, czy alternatywny), a którzy, ze względu na niskie zarobki, mieszkają na peryferiach i poświęcają kilka godzin dziennie na dojazdy.

Ostatnią z niepisanych zasad Nowego Jorku odkryłem dopiero po powrocie do Poznania. Gdy w piątkowy chyba wieczór wyszedłem z Dworca Zachodniego na przystanek tramwajowy, to podczas krótkiej podróży do domu, udało mi się tylko dzięki męskiemu instynktowi przetrwania w  mieście, który w mgnieniu oka mi wrócił, uniknąć bodaj trzech bójek. Chodzi tu oczywiście o wszystko to, co następuje po tym, kiedy pada znamienne zdanie: „co się tak gapisz?”. W Nowym Jorku długość spojrzenia, jakie mogą wymienić nieznajomi w przestrzeni publicznej, w metrze, parku czy na ulicy, i które pozbawione jest jakiegokolwiek znaczenia, czy to damsko-męskiego czy, co gorsze, męsko-męskiego, jest zdecydowanie dłuższa niż w Polsce. Ba, uchodzi tam nawet bezkarnie (i bez „podtekstów”) uśmiechnięcie się do nieznajomego czy nieznajomej.

Myślę, że jest to w pewnym sensie miara wielkomiejskości. Po powrocie, musiałem błyskawicznie oduczyć się tego, co tutaj uchodzi za „gapienie się” i szybko przypominałem sobie, jak chować wzrok w podłogę, gdy w tramwaju gwałtownie zwiększa się natężenie testosteronu. No i równie szybko zacząłem tęsknić do tego wielkomiejskiego powietrza, które faktycznie daje poczucie wolności – jakkolwiek nie byłoby ono iluzoryczne. I zatęskniłem za przestrzenią miejską, która nie jest polem minowym i miejscem udręki, pustynią, którą należy przebyć w codziennej męczącej drodze między pracą a domem, ale areną spotkań, których piękno polega właśnie na tym, że są ulotne, niezobowiązujące i powierzchowne.

 

Tekst i zdjęcia: Kacper Pobłocki

Komentarze (0)

Zapisz się do kanału RRS tego komentarza

Pokaż/Ukryj Komentarze

Napisz komentarz

pomniejsz | powiększ obszar

Poprawiony: niedziela, 30 stycznia 2011 21:57