Epifania w Starbucku
Krzysztof Nawratek   
poniedziałek, 17 stycznia 2011
Rozpoczynamy publikację cyklu zapisków Krzysztofa Nawratka powstających przy okazji  pracy nad jego nową książką pt. "Uchwycić pomiędzy. Wprowadzenie do miejskich rewolucji" (2011) (red.).







Gdy byłem dużo młodszy, zaczytywałem się w prozie Philipa K. Dicka. To istotna uwaga wprowadzająca, ponieważ wyjaśnia, dlaczego mówiąca głosem boga puszka po Coca-Coli, nie wydałaby mi się niczym specjalnie niezwykłym. Tym razem jednak nie była to puszka i nikt do mnie nie mówił.

Był słoneczny poranek w Londynie (wyjechaliśmy z naszego prowincjonalnego Plymouth zobaczyć trochę prawdziwego miasta), moja córka uwiedziona znajomym znakiem towarowym, zaproponowała śniadanie w Starbucku. Dwie kawy, kanapki, jeden muffin. Przy sąsiednim stoliku para starszych ludzi zamówiła dwie kawy, kanapki i muffin. Wtedy zrozumiałem.

Współczesna debata o miejskich przestrzeniach publicznych skażona jest habermasowską ideą sfery publicznej oraz zwrotem językowym we współczesnej filozofii. Gdy więc mówimy o przestrzeniach publicznych, mamy przede wszystkim na myśli miejsca, gdzie ludzie (już Szekspir twierdził „Miasto to ludzie”) mogą się spotkać i ze sobą porozmawiać. Owo spotkanie twarzą w twarz połączone z możliwością rozmowy widziane jest często jako esencja miasta.

Nic bardziej mylnego.

Nawet najbardziej aktywni społecznie z nas nie są w stanie poznać (tak, by chociaż pamiętać imię i nazwisko) więcej niż kilka setek współmieszkańców swojego miasta (nawet kolekcjonowanie ich na fejsbuku niewiele pomaga). Nie na darmo debata w starożytnej Grecji dotycząca optymalnej liczby mieszkańców miasta oscylowała wokół dziesięciu tysięcy (na przykład dla Platona ta liczba to 5040 dorosłych mężczyzn).  Nie ma więc możliwości, by w miastach zamieszkałych przez setki tysięcy (a czasem miliony) mieszkańców, fundamentalnym spoiwem była dialogiczna relacja Twarzą w Twarz.

Jeśli nie Spotkanie, jeśli nie rozmowa – to co?

Epifania w Starbucku dotyczyła transcendentnego znaczenia kawy, kanapek czy muffina. Dotyczyła tego, co łączy ową parę przy sąsiednim stoliku ze mną i moją córką. To nie spotkanie Twarzą w Twarz ani rozmowa, która nigdy prawdopodobnie nie będzie miała miejsca. To transcendentna wobec nas wszystkich organizacja – w tym przypadku korporacja zarządzająca Starbuckiem. To tam, na poziomie produkcji, marketingu, logistyki i sprzedaży zostało wyprodukowane medium łączące zupełnie obcych sobie ludzi. To poprzez instytucję (bardzo luźno zdefiniowaną) istniejemy jako społeczeństwo, to poprzez różne instytucje istnieje miasto. Miasto to nie ludzie, lecz instytucje i poza-ludzkie mechanizmy.

Całe szczęście dla nas – wciąż jesteśmy ich niezbędną częścią składową…

Krzysztof Nawratek


Komentarze (1)

Zapisz się do kanału RRS tego komentarza

Pokaż/Ukryj Komentarze
...
ciekawe spojrzenie, choc nie wiem czy tak na serio czy to taki zart...hmmm...bo raczej ciezki mi sie z tym zgodzic :)
Moja watpliwosc co do tekstu, dotyczy dosc prostej sprawy. Otoz definiowanie miasta przez pryzmat instytucji jest dla mnie o tyle problemowe, ze moim zdaniem instytucje takie musza byc otwarte (przynajmniej w zalozeniach) dla wsz...ystkich, tego miasta mieszkancow. Zakladajac, za autorem, ze Starbucks jest instytucjonalnym elementem spajajacym mieszkancow w twor zwany "miastem", zdaje mi sie, ze osoby wykluczone z chodzenia do Starbucks (bo po prostu nie maja pieniedzy), do miasta nie przynaleza.Pod tym wzgledem Starbucks nie spaja mieszkancow, lecz dzieli. Problemem jest np. Stary Browar czy Kupiec Poznanski, ktory faktycznie moze spajac, nadawac moze nawet miastu tozsamosc. Jest punktem orientacyjnym zarowno w przenosni, jak i doslownie (spotkajmy sie pod "Kupcem" i wszystko jasne - latwe i szybkie porozumienie, lecz dla osob z Poznania, niekoniecznie dla osoby z Krakowa czy Bydgoszczy :) Poza tym jednak mowienie o miescie jako skladajacym sie z ludzi ma nadal sens, poniewaz to ludzie nadaja miejscom sens - Starbucks rozumiany jako instytucja moze byc wazny dla miasta tylko pod warunkiem, ze przyjda tam ludzie. Inaczej bedzie nadal tylko jednym z wielu potencjalnych miejsc, bez wplywu na miejskosc :) Ludzie tym instytcjonalnym (potencjalnym) formom nadaja (realna) tresc.

I tak dodajac w kwestii zyczeniowej bardziej, instytucja, ktora moglaby faktycznie byc fundamentem dla miasta, mogloby byc prawo i polityka miejska. Jednak tylko pod warunkiem, ze ksztaltowane bylyby w sposob wlaczajacy mieszkancow miasta - to jest w formach demokracji partycypacyjnej, uczestniczacej itd.
Innymi slowy autor tekstu, zapewne slusznie zauwaza, ze mowienie o sferze publicznej w stylu habermasowskim, gdzie podstawa jest komunikacja, nieustanny dyskurs i scieranie pogladow, to wizja lekko romantyczna, naiwna. Jednak stawianie zamiast tego wizji z instytucjami w centrum, wydaje mi sie tez nie do konca adekwatne. Zapewne prawda tradycyjnie lezy posrodku, choc przy ktorym brzegu lezy ten srodek nie wiem ;)
B Grubich , 19 styczeń 2011

Napisz komentarz

pomniejsz | powiększ obszar

Poprawiony: poniedziałek, 17 stycznia 2011 07:52