Człowiek w mieście - polemika z K. Nawratkiem
Bartłomiej Grubich   
czwartek, 27 stycznia 2011
Do tekstu Nawratka „Epifania w Starbucku” musiałem podejść podejrzliwie. Bo lubię Habermasa, więc jego krytykę lubię mniej. I nie lubię Starbucks. Przede wszystkim dlatego że nie piję kawy. Ale też dlatego że kawiarnia ta jest w Polsce postrzegana zupełnie inaczej niż na Zachodzie, i to jej postrzeganie u nas mnie drażni.




Nie to jest jednak najważniejsze. Moja wątpliwość dotyczy dość prostej sprawy. Otóż definiowanie miasta przez pryzmat instytucji jest o tyle problematyczne, że instytucje takie muszą być otwarte (przynajmniej w założeniach) dla wszystkich mieszkańców tego miasta. Zakładając, za Nawratkiem, że na poziomie korporacji zwanej Starbucks (czy celowo, czy też nie, jest nieistotne) „zostało wyprodukowane medium łączące zupełnie obcych sobie ludzi”, dochodzimy do dwóch konkluzji-możliwości. Obydwu smutnych.

Pierwsza brzmi tak: miasto jest formowane przez transcendentną wobec nas wszystkich [to jest mieszkańców jak sądzę – BG] organizację – w tym przypadku korporację zarządzającą Starbucks”. W ten sposób uczestnictwo w mieście, staje się w sposób ściśle związane z nabywaniem dóbr (tutaj: kawy). Wyabstrahowanym dodatkowo z lokalnej specyfiki – magiczna zamiana miejscami Starbucks nowojorskiego z tym poznańskim, mogłaby zostać zasadniczo niezauważona. Zauważone natomiast musi być wykluczenie. Otóż w momencie, gdy Starbucks, i inne tego typu duże organizacje nakierowane na zysk, łączą ludzi w miasto można (upraszczając), stwierdzić, iż kto nie pójdzie do Starbucks (bo nie ma pieniędzy, bo nie lubi kawy), do miasta nie przynależy. Zostaje z niego wykluczony. W ten sposób takie organizacje bardziej dzielą, niż łączą.

Problematyczne (w Poznaniu) są miejsca takie jak np. Stary Browar czy Kupiec Poznański, które– choć ich głównym przeznaczeniem jest stworzenie warunków do konsumpcji – to jednak są otwarte dla wszystkich. Mogą spajać, nadawać wręcz miastu tożsamość. Są punktem orientacyjnym zarówno w przenośni, jak i dosłownie (spotkajmy się pod „Kupcem” i wszystko jasne – łatwe i szybkie porozumienie, lecz dla osób z Poznania, niekoniecznie z Krakowa czy Bydgoszczy).

Druga konkluzja – możliwość jest zgoła inna i w niej o wykluczeniu z miasta nie ma mowy. Miasto przestaje istnieć: pozostaje tylko sieć organizacji, grup, ruchów, które żyją na wspólnej przestrzeni z innymi organizacjami, grupami, ruchami, lecz nie potrzebują siebie nawzajem. Starbucks nie potrzebuje parku, ani fontanny, nie potrzebuje kina, ani targowiska. Starbucks nie potrzebuje wreszcie poznaniaka, potrzebuje za to konsumenta. Tak, jak mieszkaniec nie potrzebuje sąsiadów, bo choćby przez internet znajdzie ludzi o podobnym wykształceniu, wieku, a przede wszystkim zainteresowaniach. Może nawet w tym samym miejscu zamieszkania, lecz to rzecz drugorzędna.

Oczywiście – Nawratek nie twierdzi, że miasto to tylko instytucje, tak jak i ja nie twierdzę, że instytucje albo organizacje nie są ważne dla miasta. Zresztą sam Habermas zakładał, że sfera publiczna w swojej dojrzałej postaci, wywodzi się właśnie z kawiarnianych spotkań, klubów dyskusyjnych. Dlatego w tej polemice z Nawratkiem nie chodzi o wykazanie, kto jak się myli, ani kto ile mówi prawdy. Nie chcę stwierdzać, ile procent sfery publicznej to organizacje, a ile to ludzie. Ta odpowiedź na „Epifanię w Starbucku” nie aspiruje do głębszej analizy tego, jak wygląda sfera publiczna i miasto współcześnie, lecz ma stanowić przede wszystkim moje lekko życzeniowe spojrzenie.

Otóż myślenie i mówienie o mieście, sferze publicznej w mieście, nadal ma sens jeśli jasno i wyraźnie w jego centrum umiejscowi się ludzi, mieszkańców danego miasta. Choćby dlatego że jest to spojrzenie najbardziej demokratyczne – ponieważ zakłada podmiotowość poznaniaka, warszawiaka czy bydgoszczanina. To on, nawet jeśli jest „wrzucony” w określone społeczeństwo z jego instytucjami i organizacjami, ma na to wszystko jakiś wpływ. Jeśli zechce. Zakłada jasną odpowiedź w dylemacie „ludzie versus instytucje”. Otóż Starbucks będzie dla miasta ważny tylko pod warunkiem, że przyjdą tam ludzie. Inaczej będzie jednym z wielu miejsc bez potencjalnego nawet wpływu na sferę publiczną miasta. Innymi słowy, to właśnie ludzie potencjalnym instytucjom nadają realną treść. Instytucją, która mogłaby faktycznie stać się centralna i fundamentalna dla sfery publicznej, jest prawo i polityka miejska. Jednak tylko pod warunkiem, że w jej kształtowanie byliby realnie włączeni mieszkańcy miasta – w formach demokracji partycypacyjnej, uczestniczącej, deliberatywnej.

Krzysztof Nawratek zapewne słusznie zauważa, że mówienie o sferze publicznej w stylu habermasowskim, gdzie podstawą jest komunikacja, nieustanny dyskurs i ścieranie się poglądów, to wizja lekko romantyczna i naiwna. Jednak przedstawianie zamiast tego wizji z instytucjami (organizacjami?) w centrum, wydaje mi się też nie do końca adekwatne. A dodatkowo – skoro człowiek tak często jest dziś uprzedmiotowiany do roli biernego odbiorcy, konsumenta czy też wyborcy, jest to wizja, która może takie uprzedmiotowienie pogłębić. Cóż, prawda w dylemacie „ludzie vs instytucje”, tradycyjnie leży gdzieś pośrodku. Choć bliżej którego brzegu ten środek leży – nie wiem. Mam nadzieję, że bardziej przy tym ludzkim.

 

Bartłomiej Grubich

 

PS. - Osoby wyczulone na definicyjne nieścisłości uprzedzam, że w powyższym tekście jest ich trochę. Uznałem jednak, że luźna forma polemiki, dopuszcza swobodne podejście do znaczenia takich pojęć jak „instytucja”, „organizacja”, „sfera publiczna” i inne, które mogą nachodzić na siebie i się rozmywać. Mam nadzieję, że dzieje się to bez większej straty dla jakości.

Komentarze (0)

Zapisz się do kanału RRS tego komentarza

Pokaż/Ukryj Komentarze

Napisz komentarz

pomniejsz | powiększ obszar

Poprawiony: niedziela, 30 stycznia 2011 01:09