Zabieraj te nogi!
Krzysztof Nawratek   
poniedziałek, 18 kwietnia 2011


Na ogół jestem miłym, tolerancyjnym człowiekiem. Trudno mnie wyprowadzić z równowagi, bardzo trudno naprawdę mnie czymś obrazić. Jest jednak kilka rzeczy, które doprowadzają mnie do szału. Jedną z nich jest trzymanie nóg (w butach) na siedzeniach w miejscach publicznych.



To jest nagminny obrazek w brytyjskich pociągach – pomimo napisów by tego nie robić – panie w garsonkach i panowie w garniturach niczym nie różnią się od chłopców i dziewcząt w dresach. Wszyscy, gdy tylko mają okazję, ignorują napisy, których respektowania nikt nie pilnuje i opierają swoje nogi (w butach oczywiście) na siedzeniach foteli naprzeciwko. Przykład z przedwczoraj, pociąg z Londynu, pani robi notatki w katalogu z wystawy sztuki współczesnej – gdy tylko zwalnia się miejsce naprzeciwko, buch! I już trzyma tam swoje nóżki w ugg’ach...

Przyznam, że w pociągu tylko zagryzam wargi w bezsilnej wściekłości (w końcu kiedyś wybuchnę i pewnie dostanę łomot), ale w innych okolicznościach zdarza mi się reagować. Na przykład na wykładzie, gdy tłumaczyłem religijne aspekty powstawania miast, a jeden ze studentów położył nogi na fotelu przed nim. Podszedłem więc i mu te nogi po prostu zrzuciłem. A potem przez następne kilka minut tłumaczyłem dlaczego to zrobiłem i co jest złego w trzymaniu nóg na siedzeniu.

Dlaczego więc?

Mieszkanie w mieście, użytkowanie miasta opiera się przede wszystkim na wzajemnym zaufaniu (ufam, że kebab, który kupuję w budce, jest świeży, że kierowcy zatrzymają się na czerwonym świetle) oraz na wzajemnym szacunku. Nie wrzeszczę na ulicy, ponieważ szanuję spokój innych użytkowników tego miejsca, nie traktuję klatki czy bramy jak ubikacji, ponieważ szanuję komfort ludzi, którzy tam mieszkają. Cokolwiek więc w mieście robię, staram się mieć na uwadze moich bliźnich. Proste, prawda?

Gdy więc student architektury kładzie swoje brudne buty na siedzeniu działa przeciwko tym dwóm podstawowym zasadom miejskiego współżycia – działa przeciwko zasadzie zaufania (siadając na krześle w sali wykładowej oczekuję, że siedzenie jest czyste) oraz przeciwko zasadzie szacunku. Kładąc swoje nogi na siedzeniu, demonstruje, że nie ma pojęcia o życiu w mieście i że – dopóki się nie zmieni – być może powinien poszukać jakichś innych studiów.

Z drugiej strony, to nie jest do końca jego wina. Nikt go po prostu tego nigdy nie nauczył, nikt mu nie powiedział, że obok żyją inni ludzie (wiem, wiem, mógł sam zauważyć...). Jest coś zadziwiającego w niemal powszechnym przyzwoleniu na zachowania celebrujące nieliczenie się z innymi ludźmi. (Raz dziennie po korytarzu budynku, w którym mieszkam, przebiegają dzieci sąsiadów. Zawsze zachęcane przez swoich rodziców - drą się na całe gardło. Za każdym razem!).

David Cameron usiłuje zdemontować w Wielkiej Brytanii rozbudowane ponad przyzwoitość „wielkie państwo” i w zamian zbudować „Big Society” (Wielkie Społeczeństwo). Co jednak, jeśli Margaret Thatcher miała rację i - przynajmniej w Wielkiej Brytanii - od dawna nie ma już żadnego społeczeństwa? Może zanim zacznie się budować „Big Society” warto nauczyć ludzi, by nie kładli nóg na siedzeniach? Oto pytanie, które warto zadać nie tylko w Wielkiej Brytanii...






 Krzysztof Nawratek

Komentarze (1)

Zapisz się do kanału RRS tego komentarza

Pokaż/Ukryj Komentarze
i co tak cicho?
nikt nie ma nic do dodania? przez kilka dni? sto razy TAK dla tego tekstu! ładowanie buciorów na ławki, sranie po klatkach schodowych, wrzaski, wyrzucanie śmieci gdzie popadnie, nieliczenie się z sąsiadami-współużytkownikami przestrzeni - to praktyki nagminne i karygodne, a tu nikt nie ma nic do powiedzenia...
nano , 21 kwiecień 2011

Napisz komentarz

pomniejsz | powiększ obszar

Poprawiony: poniedziałek, 18 kwietnia 2011 11:38