Nadchodząca rewolucja miejska
Lech Mergler i Kacper Pobłocki   
poniedziałek, 13 września 2010

Krótko przed katastrofą smoleńską, Gazeta Wyborcza opublikowała niecodzienny tekst, który niestety utonął w otchłani narodowej żałoby połączonej z kampanią prezydencką. W artykule „Rewolucja z ludzką twarzą” Marek Beylin pokazał jak w całej Europie „władza przesuwa się od partii, rządów i parlamentów do rozmaitych grup obywateli”. Rewolucje z reguły kojarzyły się, pisał Beylin, z terrorem oraz przelewem krwi. Ta, która odbywa się na naszych oczach, nie stanowi zagrożenia dla demokracji – przeciwnie, jest szansą na jej pogłębienie. W ten sposób Beylin dokonał rzeczy rewolucyjnej – po latach niełaski przywrócił polskiemu dyskursowi publicznemu pojęcie rewolucji.

Beylin szczegółowo opisał „narastający napór obywateli na państwo i partie, gdy ludzie czują się zagrożeni albo lekceważeni czy pozbawieni wpływu. Spontanicznie organizują się wtedy poza dotychczasowymi instytucjami politycznymi,” ilustrując to opisem ruchów ekologicznych i kobiecych.[1] Można uzupełnić tezy Beylina przez dodanie kolejnej płaszczyzny, na której spontanicznie rośnie podmiotowość społeczna: miejskich ruchów obywatelskich. Reprezentują one potrzeby i interesy mieszkańców, którzy zwłaszcza w dużych miastach są wykluczani z procesów kształtowania otaczającej ich przestrzeni. Ruch ten ma już swoją ideę – prawo do miasta – i porozumiewa się, organizuje w wybranych w kwestiach (np. drogi rowerowe, gospodarka przestrzenna, inwestycje takie jak spalarnia śmieci) zarówno w skali krajowej, jak także globalnej.[2] Jego rosnąca siła stwarza okazję do przeanalizowania natury związku między demokracją a urbanizacją – co z kolei wyjaśnia w dużym stopniu źródła obecnego kryzysu demokracji przedstawicielskiej. Dlatego nie można ruchów miejskich pominąć w analizie „pełzającej rewolucji społecznej”.

Aksamitna rewolucja poznańska

Z kilkoma wyjątkami, prasa ogólnopolska nie dostrzegła jeszcze tego zjawiska.[3] Przykładów jest wiele, wystarczy tylko przywołać, co działo się przez ostatnie pół roku w Poznaniu. W dniu, kiedy opublikowano tekst Beylina, przez miasto przeszła demonstracja w obronie skłotu Rozbrat, w którym mieści się od 16 lat centrum niezależnej kultury. „Tydzień z Rozbratem” był częścią kampanii społecznej na rzecz odrzucenia proponowanego przez władze planu zagospodarowania przestrzennego dla parkowej dzielnicy Sołacz, leżącej w chronionym, zachodnim klinie zieleni. Urząd Miasta proponował zamienić istniejące tereny zielonych nieużytków w ekskluzywną dzielnicę willową, niszcząc w ten sposób ekosystem nie tylko tej dzielnicy, ale i stwarzając zagrożenie ekologiczne dla centrum Poznania. W kampanię przeciwko zabudowie Sołacza zaangażowane były bardzo różne środowiska – począwszy od mieszkańców okolicznych domków jednorodzinnych, poprzez architektów, artystów i dziennikarzy. Na posiedzenia komisji przychodzili społecznicy z innych poznańskich dzielnic, a jednym z największych orędowników anarchistów był … radny Prawa i Sprawiedliwości; w ich imieniu mówił również były wojewoda wielkopolski w czasach rządów PiS. Szum medialny wokół Sołacza przyniósł wymierne korzyści: gdy 20 marca br. doszło do licytacji opuszczonej działki, na której znajduje się Rozbrat, nikt nie zdecydował się złożyć oferty kupna. 11 maja br., po sześciu godzinach obrad, Rada Miasta, pod naporem argumentów strony społecznej, ostatecznie odrzuciła proponowany przez prezydenta plan. Pierwsza bitwa wojny o Sołacz została wygrana, i plan będzie opracowany od nowa.

Kilka miesięcy wcześniej zakończyła się kampania na rzecz uchwalenia planu miejscowego dla parku na osiedlu Rataje. W czasie, gdy budowano to jedno z największych osiedli blokowych (blisko 90 tys. mieszkańców), na terenie planowanego parku zlokalizowano tymczasowo „fabrykę domów”. Gdy kombinat budowlany został w 1994 r. zlikwidowany, teren pod park kupił po bardzo niskiej cenie deweloper. Od tego czasu rozpoczęła się batalia między inwestorem, który chciał dogęścić zamknięte architektonicznie osiedle, budując kolejne bloki, a mieszkańcami, którzy chcieli sfinalizować stworzenie terenu do odpoczynku i rekreacji. Kolejne warunki zabudowy wydawane przez władze miasta, były zaskarżane przez społeczników i uchylane przez kolegium samorządowe albo sądy administracyjne. Jeszcze w grudniu ubiegłego roku, kiedy to Wojewódzki Sąd Administracyjny w Poznaniu odrzucał skargę inwestora, miasto wydało kolejną decyzję dla niego korzystną. Ostatecznie, 12 lutego br. Rada Miasta, pod presją społeczną oraz mediów, przyjęła dokument, który ostatecznie przeznacza owe tereny pod park, zamykając w ten sposób okres czterdziestu lat walki o Park Rataje.[4]

Kompozycja społeczna Sołacza i Rataj jest dość odmienna – na pierwszym w willach mieszka stateczne mieszczaństwo, te drugie to tzw. „blokowisko”. Obie sprawy zostały wygrane właśnie dzięki temu, iż poznańscy społecznicy zaangażowali się w kampanie na „obcym” podwórku. Dzięki temu udało się przełamać zasadę polityki „rządź i dziel”, polegającą na wyciszaniu protestów poprzez klasyfikowanie ich jako niezadowolenia „okolicznych mieszkańców,”  i utrzymywaniu, iż tylko prezydent reprezentuje interes ogółu poznaniaków. W połączonej kampanii sołacko-ratajskiej mieszkańcy pokazali, że nie załatwiają swoich partykularnych interesów, ale stworzyli nowy język dobra wspólnego, artykułując spójną wizję miasta, w którym chcieliby żyć. To istotny przełom jakościowy, dzięki któremu ruchy o charakterze NIMBY (Not In My BackYard) ewoluują z prostej reakcji obronnej w stronę pozytywnej siły sprawczej. Takich przestrzennych „punktów zapalnych” w Poznaniu jest kilkadziesiąt.[5] W każdym z nich, oddolna mobilizacja doprowadza do przezwyciężenia istniejących podziałów społecznych czy politycznych. Grupy, które z punktu widzenia ogólnopolskiej polityki symbolicznej (np. podziały ideologiczne prawica-lewica) teoretycznie powinny być po różnych stronach barykady, odkryły, iż większość interesów mają zbieżnych.[6] Wszystko to razem składa się na przełom iście rewolucyjny, gdyż dzięki nowym kontaktom społecznym ludzie spontanicznie wyłamują się z istniejących szufladek i wyizolowanych małych społeczności. Konsekwencje tego będziemy oglądać w najbliższych latach.

Urbanizacja a demokracja

To nie przypadek, iż nowa siła polityczna kiełkuje ze sporów o przestrzeń. To właśnie zmiana organizacji przestrzeni, jaką przyniosła rewolucja przemysłowa, stała się podwaliną współczesnej demokracji. Początkowo, urbanizacja była tylko obocznym skutkiem industrializacji – ludzie przenosili się do miast, aby pracować w fabrykach. W ten sposób powstał kluczowy dla zrozumienia polityki ostatnich dwu stuleci układ przestrzenny – oddzielenie miejsca pracy od miejsca zamieszkania. Wcześniej w miastach mieszkano i pracowano na jednej przestrzeni (np. w domach rzemieślniczych czy kupieckich). Nowy system wpłynął na emancypację polityczną mas – to, że pracodawcy nie interesowali się tym, co robotnicy robią po pracy, jak i gdzie mieszkają, dało impuls do wytworzenia się autonomicznej kultury robotniczej oraz oddolnej organizacji. To właśnie tam, jak pokazuje Charles Tilly, narodziło się zjawisko „ruchów społecznych”. Przed 1750 r., tylko organizacje takie jak cechy czy wspólnoty religijne, posiadające określone przywileje prawne (takie jak prawo regularnego spotykania się w jednym miejscu), mogły reprezentować „lud” w rozmowach z władzą. Ruchy społeczne z XIX w. walczyły o poszerzenie praw politycznych dla zurbanizowanych mas i to im zawdzięczmy zdobycze współczesnej demokracji. Ich spuścizną jest również cały współczesny „repertuar” protestu politycznego: przemarsze ulicami miasta, transparenty i hasła, mobilizacja mediów i opinii publicznej.[7]

Pierwszym momentem, w którym na jaw wyszły polityczne konsekwencje uprzemysłowienia, była rewolucyjna fala, która wstrząsnęła Europą w 1848 r. Wymusiła ona na władzach kolejną reorganizację przestrzeni, symbolizowaną przez przebudowę Paryża pod kierunkiem barona Haussmanna. Wąskie i kręte uliczki zamieniono w szerokie aleje – na których o wiele trudniej stawiać barykady i prowadzić walki uliczne.[8] Haussmann jest uważany za pioniera „wytwarzania” przestrzeni miasta – jako pierwszy zaczął myśleć o mieście jako spójnej całości, oraz udoskonalił strefowanie miasta na jednofunkcyjne rejony (np. mieszkalne, handlowe, przemysłowe). O ile wcześniej biedni i bogaci mieszkali obok siebie, tak Haussmann doprowadził do logicznego końca przejście od stratyfikacji pionowej (im wyżej ktoś mieszkał w kamienicy, tym był biedniejszy) do stratyfikacji poziomej – stworzenia w mieście homogenicznych obszarów „lepszych” i „gorszych”. W ten sposób zaczęto izolować społeczności w mieście, a suburbanizacja – dopełnienie haussmanizacji – doprowadziła ostatecznie do tego, co Richard Sennett zdiagnozował jako „upadek człowieka publicznego,”[9] – wyrugowanie doświadczenia miejskości z życia politycznego i zasępienie tożsamości formowanej w trakcie interakcji z nieznajomymi w przestrzeni publicznej miasta identyfikacją z wyobrażoną wspólnotą, m.in. narodową, tylko nominalnie osadzoną w codzienności życia w mieście.

Nowa organizacja przestrzeni raczej zapobiegała oddolnej mobilizacji i budowie społecznych koalicji, niż im sprzyjała. Tak powstał system „zasieków miejskich”, tak nazywany przez Irę Katznelsona  – wyrastający z pogłębionej separacji miejsca zamieszkania od miejsca pracy. O ile w pracy amerykańscy robotnicy identyfikowali się „klasowo”, tak w miejscu zamieszkania dominowała tożsamość etniczna. Dualizm ten umożliwił związkom zawodowym, partiom politycznym oraz wspólnotom lokalnym, kierowanym przez „ustawione” już grupy etniczne, stabilizowanie statusu quo i utrzymywanie porządku na poziomie lokalnym poprzez sprawne zarządzanie konfliktem w pracy oraz dystrybucją dóbr (i usług takich jak edukacja) w miejscu zamieszkania. Dopiero ruchy miejskie lat 60tych, wywołane migracjami ludności czarnoskórej z południa do miast północy, rozbiły ten system. Afroamerykanie byli wykluczeni z systemu dystrybucji dóbr opartych na etnicznych enklawach – więc wytworzyli nowe struktury, oparte na budowaniu mostów między „zasiekami”. Identyfikowali się jako „czarni” zarówno w miejscu pracy jak i zamieszkania, a koalicje wykluczonych, którym przewodzili (z dużym udziałem ludności latynoskiej), wychodziły daleko poza etniczne opłotki. Takie oddolne rozsadzanie miejskich enklaw było początkiem  pełzającej rewolucji społecznej, o której pisał Beylin.[10]

To właśnie ferment lat 60tych skłonił Henriego Lefebvra do napisania książki Rewolucja miejska. Stawia on tezę przewrotną: rewolucja przemysłowa była jedynie preludium do znacznie donioślejszej rewolucji miejskiej. [11] Z jednej strony rewolucja miejska to pogłębiająca się urbanizacja naszej planety – i rzeczywiście, dopiero od kilku lat na świecie więcej osób żyje w miastach niż na wsi.[12] Z drugiej strony, rewolucja miejska to właśnie szansa na pogłębienie demokracji przedstawicielskiej poprzez wykształcenie nowej przestrzeni publicznej, nowej idei dobra wspólnego, oraz budowanie nowych koalicji społecznych. W tej chwili taką rolę zaczyna odgrywać hasło „prawa do miasta.” Idea rewolucji miejskiej jest ściśle z nim związana – tak jak za postulatami pracowniczymi, czy ideą praw człowieka, stały silne ruchy społeczne, tak tutaj jedynie presja społeczeństwa obywatelskiego może przemienić czystą ideę w rzeczywistość prawną. Jednocześnie, jak przekonuje Peter Marcuse, i jak robiły to amerykańskie ruchy lat 60., idea prawa do miasta jest właśnie takim parasolem – wizją nowego dobra wspólnego –  która pozwala na pogodzenie tylko pozornie sprzecznych interesów partykularnych.

W pewnym sensie rewolucja miejska to oksymoron – najważniejsze rewolucje nowożytne rozegrały się w miastach, a nawet i rewolucje chłopskie, mimo że wyrastające z agrarnych konfliktów o dostęp do ziemi, były pod ciągłym wpływem życia politycznego przeciekającego z miast. W kontekście polskim, to właśnie miejskość odróżnia rewolucje od powstań – które również miały demokratyczne aspiracje, ale ich wymiar miejski był poboczny. Niestety wciąż powszechnie uważa się powstania jako moment „założycielski” nowoczesnej polskiej wspólnoty politycznej – poprzez zaangażowanie „ludu” w sprawy narodu, zwłaszcza odzyskania państwowości. Jak pokazał Robert Blobaum, momentem wejścia mas do polityki w Polsce była rewolucja 1905-1907. Zwykle uważa się ją za preludium do rewolucji 1917 r., choć na ziemiach polskich miała ona szczególny przebieg. Najbardziej burzliwy był czerwiec 1905 r. w Łodzi, kiedy to biedota polska, żydowska oraz niemiecka, na kilka dni przejęła kontrolę nad miastem. Łódź była praktycznie nieshaussmanizowana – co umożliwiło walki uliczne i np. atakowanie wojsk carskich z dachów kamienic. Jednocześnie spontaniczne wystąpienie setek tysięcy łodzian na ulicach było aktem upomnienia się o prawo do miasta oraz o współuczestniczenie we wspólnocie politycznej. Rewolucja łódzka zaskoczyła wszystkie partie politycznie – od prawa do lewa. Po 1905 r. żadna organizacja nie mogła już pominąć kwestii mas. W efekcie, pisze Blobaum, „ludność zamieszkująca największy i najistotniejszy zabór wkroczyła w erę nowoczesnej, czyli masowej, polityki.”[13]

Demokracja miejska

Rewolucja 1905-1907 przyniosła o wiele więcej wymiernych korzyści niż powstania styczniowe, listopadowe i warszawskie razem wzięte. Co więcej, została ona okupiona zdecydowaniem mniejszą ilością przelanej krwi niż rzeczone insurekcje. To, że powstania zajmują chlubne miejsce w naszej zbiorowej świadomości, a pojęcie rewolucji kojarzone jest z tyranią i terrorem, ukazuje fundamentalny szkopuł polskiej demokracji. Jak zauważył Bronisław Łagowski, w przeciwieństwie do francuskiego, polski „lud” nie jest świadomy swojej historii, a post-szlacheckie elity dokonały na nim „przemocy strukturalnej”, narzucając mu identyfikację z własną, stanową, historią.[14] W efekcie, polska demokracja przedstawicielska szybko wytworzyła mechanizmy neutralizacji czy też rozbrojenia oddolnej samorządności i nabrała cech paternalistycznych, w którym to ci „na górze” zawsze wiedzą lepiej co jest dobre dla tych „na dole”.

Przemiany po 1989 szybko doprowadziły do mitologizacji trudno wywalczonego aktu wyborczego. Obecnie proces demokratyczny w Polsce, według powszechnie obowiązujących wyobrażeń, obraca się wokół wyborów, po których władza, legitymizowana przez mandat, może robić co uważa za słuszne. O ile na poziomie narodowym działa to w miarę bezpiecznie – alienacja większości społeczeństwa z tak pojętego życia politycznego nie zakłóca funkcjonowanie tego systemu – tak na poziomie lokalnym wciąż dochodzi do spięć. W starciach tych mieszkańcy są na z góry przegranej pozycji. Na przykład ostatnio inicjatywa Łodzianie Decydują złożyła do Rady Miasta projekt uchwały, który miał zmniejszyć z 6 tys. do 1 tys. liczbę potrzebnych podpisów pod każdą kolejną obywatelską inicjatywą uchwałodawczą. Projekt ten został w lipcu br. odrzucony ze względów formalnych, gdyż zawierał błędne sformułowania – np. zamiast „rada miejska w Łodzi” użyto słów „rada miasta”. Zwykle, gdy projekty uchwał zgłaszają radni, mają oni możliwość wniesienia autopoprawek korygujących takie pomyłki. W tym przypadku, obywatele muszą raz jeszcze zebrać 6 tys. podpisów pod nowym, poprawionym, wnioskiem. Władza może się mylić,  obywatele – nie.

Z 16 projektów ustaw, złożonych od 1989 w Sejmie przez obywateli (za każdym stało 100.000 podpisów) żadna nie została uchwalona. Władza zwykle boi się bezpośredniego zaangażowania obywateli, wykorzystując swoją przewagę lub formalizując i biurokratyzując tzw. „partycypację społeczną.” Jednym z formalnych kanałów, dzięki któremu tzw. „lud” może wpływać na decyzje władzy jest tzw. „trzeci sektor.” Organizacje pozarządowe, niestety, zostały silnie uzależnione od władz lokalnych (np. mają swój referat w urzędzie miasta) i często pełnią funkcje czysto dekoracyjne. Na przykład w Poznaniu jest grubo ponad sto organizacji wspierających osoby niepełnosprawne (stanowią one ok. 10% populacji miasta), ale przez 30 lat od zbudowania centralnego ronda nie były one w stanie kategorycznie zażądać stworzenia w przejściach podziemnych pod nim podjazdów dla wózków inwalidzkich. Miasto nie miało tego w planie więc wyspecjalizowane NGO’sy miały milczeć. I milczały.

Sporym zagrożeniem dla miejskiego, politycznego statusu quo są niektóre rady osiedli – ciała niezależne, ale też i pozbawione podmiotowości prawnej, funkcjonujące jako „samorządy pomocnicze”, choć wyłaniające swoich członków w wyborach powszechnych. W Poznaniu nie są one częścią administracji miasta, a działają w nich nieopłacani społecznicy. W ciągu ostatnich 3 lat, to właśnie środowisko rad osieli wygenerowało najbardziej konsekwentną krytykę lokalnej polityki. O ile w takich kampaniach jak sołacka czy ratajska, władza przyparta do muru musiała pójść na kompromis, to jednocześnie przygotowywała reformę jednostek pomocniczych tak, aby raz a dobrze zneutralizować ogniska buntu. Przegłosowana na początku lipca br. reforma zakłada przerzucenie na rady osiedli niewygodnych obowiązków oraz konsolidację w większe jednostki, wcielając te zbuntowane do bardziej pokornych. W ten sposób niektóre osiedla (np. na Ratajach) będą liczyć ponad 40 tys. mieszkańców – więcej niż wiele miast – co skutecznie zniszczy ich „oddolny” charakter, przemieniając w kolejny szczebel administracji, oraz prawdopodobnie silnie upolityczniając.[15]

Oczywiście projekt reformy wywołał liczne protesty. Największe obywatelskie przebudzenie dokonało się na poznańskim Grunwaldzie – głównie jako efekt rozmów młodych rodziców na placu zabaw, jedynej przestrzeni publicznej w tej okolicy. Gdy okazało się, iż ich siedmiotysięczne osiedle ma być wchłonięte przez większe, w którym ich głos zupełnie zniknie, zaczęli oni działać. W ciągu kilkunastu dni zebrano tysiące podpisów pod apelem, aby stworzyć spójne, dysponujące utrwaloną tożsamością, osiedle Stary Grunwald. Demokracja przedstawicielska znalazła się po raz kolejny na mieliźnie. Brak było merytorycznych powodów odrzucenia postulatów mieszkańców. Idea „konsultacji społecznych” zakłada, że mieszkańcy mają co najwyżej nieznacznie modyfikować odgórny plan, a nie gruntownie zmieniać jego realizację, zgodnie ze swoimi wyobrażeniami o tym, co jest dla nich dobre. Ponadto zmiana projektu w jednym miejscu, i to zasadnicza, utrudniałaby odmowę zmiany w innym – a takie liczne żądania wystąpiły. Autor projektu powtarzał, iż rady osiedla mają „wolność wyboru” z kim mogą się połączyć i jednocześnie zbywał milczeniem głosy, tych, którzy w swoim przypadku odrzucali przymus konsolidacji. Konflikt trwa, a zbuntowani obywatele już zapowiedzieli, że w razie porażki, powołają na miejsce rady osiedli stowarzyszenie zrzeszające mieszkańców Starego Grunwaldu – a zatem w chwili, gdy odbierze im się możliwość organizowania na bazie terytorialnej, obejdą nowe przepisy zrzeszając się jako osoby fizyczne. A zatem kolejna próba uśmierzenia oddolnej demokracji spełznie na niczym.

Zamiast bać się współrządzenia przez mieszkańców, proponujemy aby przemyśleć rozwiązania instytucjonalne, które inkorporowałyby formy demokracji bezpośredniej. Takie ruch wymaga pewnej odwagi. Ogromną szkodą wyrządzoną przez neoliberalizm było zabicie wyobraźni. Donna Haraway, jedna z najbardziej twórczych intelektualistek, przyznała się ostatnio, iż łatwiej jej jest wyobrazić sobie koniec świata niż koniec neoliberalnego kapitalizmu. Fakt, iż nawet Haraway nie potrafi wykroczyć poza obecne horyzonty, pokazuje, iż żyjemy w epoce głębokiego kryzysu intelektualnego. Jednak jak powtarza Neil Smith, parafrazując zdanie Habermasa o modernizmie, neoliberalizm wciąż dominuje, ale jest już martwy – przede wszystkim intelektualnie.[16] Działania władz lokalnych podszyte są właśnie takim poczuciem niemocy i strachu. Nowe rozwiązania pojawiają się oddolnie, spontanicznie, wbrew i obok skostniałych struktur. Dlatego od nich proponujemy rozpocząć dyskusję na temat tego, co roboczo nazywamy demokracją miejską – systemu, w którym „prawo do miasta” stałoby się kluczowym elementem życia politycznego. To, z czego korzystamy dzisiaj, też musiało kiedyś być trudne do wyobrażenia. Owo „niewyobrażalne” stało się jednak ciałem. Tak też może być z demokracją miejską. Nic jednak nie zrobi się samo – jak pisał Goethe, „Ten tylko na wolność zasłużył i życie, kto je zdobywa wciąż na nowo.” Dzisiejsza demokracja przedstawicielska byłaby niemożliwa bez rewolucji – francuskiej, amerykańskiej, czy łódzkiej. Demokracja przyszłości – ta nie powstanie bez rewolucji miejskiej.

 

 

Lech Mergler – publicysta, wice-prezes Stowarzyszenia My-Poznaniacy.

Kacper Pobłocki – socjolog miasta, nauczyciel akademicki, stale współpracuje z Center for Place, Culture and Politic Uniwersytetu Miejskiego w Nowym Jorku.

 

Źródło: Le Monde Diplomatique, nr 55/2010 (wrzesień)

Tekst w formacie PDF dostępny jest TUTAJ.


[1] Marek Beylin, Rewolucja z ludzką twarzą, Gazeta Wyborcza, 22 marca 2010.

[2] Kacper Pobłocki, Prawo do miasta, Tygodnik Powszechny, 4 kwietnia 2010, David Harvey, Za katastrofę obwinia się ofiary, Przegląd, 24 maj 2009.

[3] Por. numer kwartalnika Obywatel (3/2010) na temat reaktywacji „państwa podziemnego”.

[4] Adam Pawlik, Co dalej z parkiem Rataje?, My-Poznaniacy.org, 2 czerwca 2010.

[5] Lech Mergler, Poznań konfliktów. Poznań: Stowarzyszenie Lepszy Świat, 2008.

[6] Peter Marcuse, Prawa w miastach a „prawo do miasta”, My-Poznaniacy.org, 23 marzec 2010.

[7] Charles Tilly, Social Movements, 1768-2004. Boulder: Paradigm Publishers, 2004.

[8] David Harvey, Paris, Capital of Modernity. Londyn: Routledge, 2003.

[9] Richard Sennett, Upadek człowieka publicznego. Warszawa: Muza, 2009.

[10] Ira Katzlenson, City Trenches: Urban Politics and the Patterning of Class in the United States. Chicago: University of Chicago Press, 1982, Dan Georgakas, Marvin Surkin, Detroit: I Do Mind Dying: A Study in Urban Revolution. Cambridge, MA: South End Press, 1999.

[11] Henri Lefebvre, Urban revolution (wstęp: Neil Smith), Minneapolis: University of Minnesota Press, 2003.

[12] Mike Davis, Planeta slumsów, Warszawa: Książka i Wiedza, 2008.

[13] Robert Blobaum, Rewolucja: Russian Poland, 1904-1907, Ithaca: Cornell University Press, 1995, 189.

[14] Bronisław Łagowski, Niemy lud polski, Gazeta Wyborcza, 3 listopad 2007.

[15] Lech Mergler, Bunt w mieście: reforma rad i osiedli, My-Poznaniacy.org, 3 lipiec 2010.

[16] Neil Smith, „The Revolutionary Imperative”, Antipode, Nr 41 (2010): 50-65.


Komentarze (3)

Zapisz się do kanału RRS tego komentarza

Pokaż/Ukryj Komentarze
...
Tam jest błąd semantyczny: zamiast oksymoron powinno być pleonazm.
Tomek , 20 styczeń 2012
reply this post
Some specialists tell that loans help people to live the way they want, because they can feel free to buy necessary things. Moreover, banks present car loan for different persons.
RichKim , 26 grudzień 2011
Naprawdę ciekawe.
Tekst ciekawy ,choc dla laika zbyt długi.
Dla pragmatyka chyba również. Jestem ciekaw czy dało by się tą idee ubrac
w ciałko.Myślę że niejednej władzuni by się to nie spodobało.W moim mieście, będącym od wieków w zatargu z Poznaniem władza jest ,jaka jest.Często z braku sensownej alternatywy.Ławka rezerwowych króciutka.Może by tak poeksperymentowac?
waldemar , 17 luty 2011

Napisz komentarz

pomniejsz | powiększ obszar

Poprawiony: wtorek, 21 czerwca 2011 20:54