O kiepskich wyborach i błękitnych oczach Lewiatana
Marek Nowak   
niedziela, 03 kwietnia 2011

Problemy z frekwencją towarzyszą generalnie polskim wyborom od początku demokracji 20 lat temu. Wcale nie jest jednak tak, że skłonność do udziału w akcie wyborczym jest wypadkową znaczenia samych wyborów. W pierwszych, które miały tak brzemienne skutki dla kierunku polskiej drogi do kapitalizmu, uczestniczyło 62% uprawnionych Polaków, ale w drugiej turze już tylko 25%.




W kolejnych sytuacja nie uległa znaczącej zmianie. Przypomnę, że z jednej strony średnia frekwencja dla wszystkich demokratycznych wyborów w ciągu ostatnich 20 lat oscylowała wokół połowy uprawnionych do głosowania. I zdaje się, że nadal tej połowy nie przekroczyła. Pewne wybory wzbudzały jednak większe zainteresowanie niż inne. Co o tym decydowało, bądź decyduje – pozostaje interesującym pytaniem, bo nie jest to jakaś obiektywna ważność dla spraw całej wspólnoty. Świadczyć o tym może porównanie niskiego udziału w referendum dotyczącym uwłaszczenia (30%) w połowie lat 90. ze znacznie wyższym udziałem w referendum dotyczącym wstąpienia Polski do struktur UE (59%). Być może po prostu „bliższa koszula ciału” – wstąpienie Polski do UE uruchomiło bowiem (jak dotąd) największą w nowoczesnej historii Polski falę emigracji zarobkowej (ok. 1,5 miliona osób).

Warto wyciągnąć z tego wnioski. Najważniejszy, jak sądzę, dotyczy samej demokracji i naszego stosunku do niej. Pasjonowanie się 40% przewagą, czy wynikiem na poziomie 25% (drugiej co do znaczenia partii) to w istocie, co najwyżej dyskusja czy 1/4, bądź 1/8 Polaków poparła jakaś partię, albo jakiegoś kandydata. O osiągnięciu progu wyborczego nie będę w związku z tym nawet wspominał, bo mieści się on przy 50% frekwencji poniżej typowego błędu statystycznego w badaniach opinii publicznej czyli plus/minus 3%. Czyli jest na granicy „mikroskopowego” powiększenia, co zresztą prowadzi do nieporozumień i poszukiwań przesłanek manipulacji.

Przechodząc na lokalne podwórko, ostatnie wybory do samorządów pomocniczych w Poznaniu zdecydowanie również były świadectwem słabości lokalnej demokracji. Sygnalizowana średnia frekwencja (7,7%) sugerowała w istocie niemal całkowity brak zainteresowania tą formą udziału w podejmowaniu decyzji. Warto oczywiście uzupełnić tę „kwaśną” informację o wskazanie, że mniejsze zainteresowanie dotyczyło większych jednostek przestrzennych, znacznie większe (nawet powyżej 30%) zanotowano tam, gdzie kandydaci byli mniej anonimowi. Paradoks tej prawidłowości jest taki, że to w tych większych jednostkach dzielone będą relatywnie większe pieniądze, podczas, gdy w mniejszych będą to odpowiednio mniejsze sumy. Zakres władzy jest zatem większy, relatywna łatwość osiągnięcia sukcesu również większa.

Inny aspekt tego samego problemu to legitymacja (uprawomocnienie) podejmowania decyzji, która przy małych frekwencjach jest w istocie śladowa. Czyli „samorządowcy” mogą robić co uważają, a i tak odpowiedzialność za to bierze na siebie garstka wyborców – według zasady: nie wziąłeś udziału, to nie narzekaj. Kolejne zagadnienie. to problem realizowania polityki miejskiej (da się to również ekstrapolować na poziom polityki ogólnokrajowej). Otóż niższy poziom zaangażowania to również łatwiejsze realizowanie własnej polityki nawet przez działaczy, z minimalnym poparciem (czyli często wbrew opinii ogółu). Rodzi to także łatwość podejmowanie decyzji zgodnej z własną wizją najlepszych rozwiązań, choć obiektywnie są one mocno dyskusyjne, jak np. oprotestowane kontenery, oczywiście bez poważniejszej dyskusji, bo właściwie po co?, czy dbanie o interesy jednej grupy w opozycji do innej.

Czy zatem nie należy w obliczu tych faktów w ogóle zastanowić się nad zmianą formuły demokratycznej partycypacji? Czy przy tak małym, bądź na poziomie osiedlowym: śladowym zaangażowaniu obywatelskim, nie należałoby pomyśleć, że warto poeksperymentować z formami, które choć droższe i bardziej kłopotliwe oferują rzeczy zdecydowanie bardziej namacalne niż mniejszościowe poparcie nieznanych osób bez jakiejkolwiek kontroli? Być może, gdy rozegra się rozgrywka o znacznie większą stawkę, będzie mniej papierowej reprezentacji, a bardziej podmiotowy udział w podejmowaniu decyzji, aktywność będzie większa? Istnieją już takie formuły, co interesujące narodziły się one nie w tzw. I świecie, ale w Ameryce Łacińskiej, do której wbrew pozorom nam bliżej niż do naszych zachodnich sąsiadów. Nazywa się je demokracją deliberatywną lub bardziej precyzyjnie budżetem partycypacyjnym.

Dlaczego by zatem nie oddać decyzji dotyczących remontu drogi, czy zagospodarowania „Parku Rataje” samym obywatelom? Niech sami rozsądzą, jaka jest hierarchia potrzeb i czego potrzebują. Niech powiedzą, czy kolejna inwestycja deweloperska jest dobrym pomysłem. Niech odpowiedzą, jaką formę ma przybrać poszukiwanie rozwiązania  przestrzennego: czy konkurs, czy też sami z ekspertem-architektem usiądą do białej kartki, by zaproponować coś własnego. Niech wypowiedzą się jak opróżnić coraz lżejszą kasę pancerną miasta przeznaczaną na określone cele. Oczywiście byłyby to decyzje już samych obywateli, ich przedstawiciele nie mogliby ich zbyć ciszą. Musieli by je zrealizować na mocy umowy.

Czy nie warto by się zaangażować w politykę, w której o coś chodzi? Nie tylko o rację, ale o konkrety i decyzje i nadzór nad ich wykonaniem? Dlaczego my jako obywatele nie moglibyśmy chwycić steru własnych spraw? Może warto spojrzeć w błękitne oczy Lewiatana, on nie jest podobno taki straszny.

W Brazylii już tak zrobili i wychodzą na tym nie najgorzej. Może hasło Polska Brazylią Europy? Albo: polska droga do Ameryki Łacińskiej. Ostatecznie to z Peru płynęły wzory dla polskiej (tak podobno udanej) terapii szokowej, a Leszek Balcerowicz w dyskusji z Ministrem Finansów przywoływał przykład nie Niemiec, czy Francji, ale Chile jako modelowy.









Marek Nowak


Komentarze (0)

Zapisz się do kanału RRS tego komentarza

Pokaż/Ukryj Komentarze

Napisz komentarz

pomniejsz | powiększ obszar

Poprawiony: poniedziałek, 04 kwietnia 2011 10:16