Elastyczne miasto obcych sobie osób
Richard Sennett   
środa, 21 lipca 2010

Kiedyś ludzie przybywali do miasta w poszukiwaniu anonimowości, różnorodności i możliwości swobodnego spotykania innych. W miastach wspólnie znosiło się trudy życia i doświadczało solidarności. Dziś jednak miasto, podobnie jak miejsce pracy, ulega wpływowi nowego systemu elastycznego zatrudnienia. Grozi mu, że utraci cały swój powab, jeśli biznes i architektura zaczną dopasowywać się do bezosobowych standardów - pisał w Le Monde Diplomatique Richard Sennett, autor książki "Upadek człowieka publicznego".

 

 

 

Zdarzają się miasta zżerane przez korupcję, nękane przez występek, brudne i zepsute, a przecież wielu ludzi uważa mimo to, że warto mieszkać choćby i w najgorszym. Dlaczego? Ponieważ dzięki miastu mamy możliwość stać się pełniejszymi, bardziej złożonymi istotami ludzkimi. W miastach ludzie uczą się żyć obok nieznajomych, przez co zyskują świadomość nieznanych sobie wcześniej doświadczeń i problemów. Identyczność zabija umysł, różnorodność pobudza go i rozwija.

Miasto uzmysławia ludziom ich własne bogactwo i złożoność, pokazuje im, że są czymś więcej niż tylko bankowcami czy zamiataczami ulic, Afro-Karaibami czy Anglosasami, mówiącymi po angielsku albo po hiszpańsku, mieszczanami lub robotnikami: mogą być i tym, i tamtym - każdym, a nawet czymś więcej. Nie są wcale podporządkowani ustalonemu schematowi tożsamości. Mogą rozwijać jednocześnie wiele różnych obrazów samych siebie, mając świadomość, że ich tożsamość zależy od tego, z kim właśnie rozmawiają. Oto potęga obcości – wolność od narzuconych nam definicji i tożsamości.

Mieszkając w małym miasteczku, amerykańska pisarka Willa Cather panicznie bała się ujawnienia swoich lesbijskich skłonności. Gdy wreszcie w 1906 roku przeniosła się do Greenwich Village, pisała do przyjaciółki: “W tym nieprzeniknionym miejscu mogę w końcu oddychać”. Mieszkańcy miasta mogą w miejscach publicznych przywdziewać maskę niewzruszoności, chłodno i obojętnie traktować ludzi mijanych na ulicy, ale prywatne kontakty z nieznajomymi mogą okazać się poruszające: spotkanie z innymi stawia pod znakiem zapytania ich pewniki.

A jednak te zalety miasta wcale nie są czymś oczywistym. Jednym z głównych problemów życia w mieście jest to, że nie wiadomo, jak sprawić, by jego złożoność zmieniła ludzi w prawdziwych kosmopolitów, jak sprawić, by zatłoczone ulice stały się miejscem samopoznania, a nie strachu. Francuski filozof Emmanuel Lévinas mówił o “sąsiadowaniu z obcością” i to sformułowanie dobrze ujmuje to, do czego powinniśmy dążyć, projektując nasze miasta.

Architekci i urbaniści stoją dziś przed nowymi wyzwaniami. Globalizacja przekształciła proces produkcji, pozwalając ludziom na coraz bardziej elastyczne działanie. Umożliwia to zmniejszanie się rygorów funkcjonowania oraz sprawia, że inaczej doświadcza się miasto.

W XIX wieku niemiecki socjolog Max Weber porównał organizację nowoczesnego przedsiębiorstwa do armii. Tak przedsiębiorstwo, jak i wojsko są zorganizowane zgodnie z zasadą piramidy, z generałem albo szefem na szczycie i żołnierzami, bądź robotnikami, u podstaw. Podział pracy minimalizuje niebezpieczeństwo dublowania zadań i sprawia, że każda grupa robotników pracuje na innym odcinku. Dzięki temu zarząd może z samej góry nadzorować zarówno działalność linii produkcyjnej, jak i biura, podobnie jak generał rozkazuje oddziałom oddalonym od punktu dowodzenia. Dodajmy, że wraz z rozwojem koncepcji podziału pracy zapotrzebowanie na wyspecjalizowanych w rozmaitych dziedzinach pracowników rosło znacznie gwałtowniej niż zapotrzebowanie na szefów.

W sferze produkcji przemysłowej wcieleniem Weberowskiej piramidy jest fordyzm – militarystyczna metoda zarządzania pracą robotników, wymagająca jedynie kilku ekspertów na szczycie. Jej doskonałym przykładem jest fabryka Willow Run koncernu General Motors – długi na milę i szeroki na ćwierć mili budynek, do którego z jednej strony trafia żelazo i szkło, a z drugiej wyłania się gotowy samochód. Tylko rygorystyczny i w pełni kontrolowany reżim pracy pozwala nadzorować produkcję na tak wielką skalę. W świecie białych kołnierzyków odpowiednikiem tego przemysłowego procesu jest ścisła kontrola, wprowadzana w korporacjach takich jak IBM z lat sześćdziesiątych.

Mniej więcej jedno pokolenie temu świat biznesu zaczął się buntować przeciwko Weberowskiej piramidzie. Poszukiwano niehierarchicznych struktur organizacji przedsiębiorstwa, co pozwoliłoby uniknąć biurokracji (na przykład dzięki zastosowaniu nowych technologii informatycznych) i zrezygnować z praktyki sztywnego przypisywania pracownika do pełnienia jednej tylko funkcji. Lekarstwem na to ostatnie miały być zespoły powoływane tymczasowo do wykonania konkretnego zadania. Nowa strategia biznesowa przewidywała, że takie grupy robocze będą ze sobą rywalizowały, dzięki czemu zaczną działać z maksymalną wydajnością i jak najszybciej osiągać odgórnie wyznaczany cel. Zamiast modelu, w którym każdy pracuje na swoim odcinku niczym ogniwo w łańcuchu, wprowadzono model dublowania zadań: wiele różnych zespołów współzawodniczy w wykonaniu tego samego zadania jak najlepiej i w jak najkrótszym czasie. Dzięki temu firma może natychmiast odpowiadać na zmieniające się potrzeby rynku.

Zwolennicy tego nowego modelu organizacji pracy twierdzą, że jest on bardziej demokratyczny niż poprzedni, zorientowany na rozwiązania militarne. Ale to nieprawda. Weberowską piramidę zastąpił bowiem okrąg z kropką pośrodku – to właśnie w tym centrum grupka menedżerów podejmuje decyzje, wyznacza zadania i ocenia wyniki. Rewolucja informacyjna dała im szybszy wgląd w działalność korporacji, niż było to możliwe w starym systemie, gdzie dyspozycje często po drodze ulegały zniekształceniu. Zespoły pracujące na obrzeżach okręgu mogą teraz z większą elastycznością podchodzić do celów wyznaczanych przez centrum i swobodniej dobierać środki służące do ich osiągnięcia, rywalizując z innymi. Nie mają jednak wcale większego wpływu na same cele.

W ramach Weberowskiej piramidy biurokracji nagradzano tych, którzy wykonywali swoją pracę najlepiej, jak umieli. W organizacji o strukturze okręgu nagroda trafia w ręce zespołu, który wygrał z innymi: “zwycięzca bierze wszystko”, jak to ujął ekonomista Robert Frank. Sam wysiłek nie oznacza już nagrody. Ten rodzaj biurokratycznej zmiany w przedsiębiorstwach organizujących pracę na zasadzie elastyczności skutkuje, zdaniem Franka, ogromną nierównością w sferze wynagrodzeń.

Nie na dłuższą metę

W firmach stawiających na elastyczność hasło “Nie na dłuższą metę” powtarza się jak mantrę. Zamiast ścieżek kariery są teraz projekty, w ramach których należy wykonać ściśle określone zadanie. Kiedy zostanie wykonane, projekt zwyczajnie się zamyka. W firmach z sektora nowoczesnych technologii w kalifornijskiej Krzemowej Dolinie średnia długość zatrudnienia wynosi obecnie około ośmiu miesięcy. Ludzie bezustannie zmieniają środowisko pracy. Zgodnie ze współczesną teorią zarządzania żywot zespołu zatrudnionego do pracy przy projekcie nie powinien trwać dłużej niż rok.

Rzecz jasna, ten wzorzec nie zdominował jeszcze całkowicie współczesnych stosunków pracy, stanowi raczej ekstremalny przykład nadchodzących zmian: nikt już nie zamierza otwierać firmy, która opierałaby się na pracy etatowej. Przedsiębiorstwa spod znaku elastyczności nie sprzyjają wykształcaniu się lojalności i koleżeństwa, podobnie jak nie sprzyjają demokracji. Trudno czuć się związanym z korporacją o nieokreślonym charakterze albo zachować lojalność wobec niestałej firmy, która nie poczuwa się do lojalności wobec nas. Biznesowi guru dopiero teraz dostrzegają, że brak zaangażowania przekłada się na niską produktywność i niechęć do utrzymania sekretów firmy w tajemnicy.

Niedostatek koleżeństwa, który jest jedną z pochodnych pracy “nie na dłuższą metę”, ma dużo mniej oczywiste konsekwencje. Zatrudnienie przy projektach wiąże się z ogromnym stresem, a ostatnie etapy wspólnej pracy w przegranych zespołach upływają w atmosferze wzajemnych pretensji. Ponadto świadomość, że jest się zatrudnionym tylko na określony czas, nie sprzyja zaangażowaniu – w końcu i tak zaraz trzeba będzie odejść.

Brak wzajemnych zobowiązań jest też jednym z powodów, dla których w przedsiębiorstwach o elastycznych formach zatrudnienia albo w takich firmach, jak te w Krzemowej Dolinie, trudno zakładać pracownicze związki zawodowe. Osłabieniu uległa bowiem istota poczucia koleżeństwa – przekonanie o dzieleniu jednego losu i trwałej wspólnocie interesów. Ze społecznego punktu widzenia system zatrudnienia krótkoterminowego jest czymś paradoksalnym. Mimo że ludzie pracują ze sobą intensywnie pod ogromną presją, ich wzajemne relacje pozostają zaskakująco powierzchowne. W takim świecie pogłębianie związków z innymi nie ma w dłuższej perspektywie wielkiego sensu.

Kapitalizm spod znaku elastyczności oddziałuje na miasto dokładnie tak samo jak na miejsce pracy: powierzchownym, krótkotrwałym stosunkom panującym w pracy odpowiadają powierzchowne, wyrywkowe relacje w mieście. Ta współzależność przejawia się na trzy sposoby. Najbardziej oczywiste jest fizyczne uzależnienie od miasta. Elastyczni pracownicy za swoją mobilność muszą płacić bardzo wysoką cenę. Sektor “tymczasowych”, jako jedyny na rynku pracy, zmienia się w niezwykle szybkim tempie. Czasowe opiekunki na przykład w ciągu dwóch lat osiem razy częściej zmienią dom niż opiekunki zatrudnione w jednym miejscu. Jeśli chodzi o pracowników wyższego szczebla, to wprawdzie dziś kierownicy przenoszą się równie często jak kiedyś, jednakże w przeszłości ich przeprowadzki miały inny charakter, pozostawali wciąż bowiem w polu oddziaływania firmy, która wyznaczała ich “miejsce” i tor życia bez względu na to, w której części świata się znaleźli. Obecnie ta nić została zerwana. Niektórzy specjaliści zajmujący się przestrzenią miejskią utrzymują, że dla tej elity miejski styl życia ma obecnie większe znaczenie niż praca, i to raczej miasta z ich szczególnymi rejonami – zapewniającymi rozmaitość szykownych restauracji, specjalistycznych usług i poczucie przynależności do grupy uprzywilejowanych – mocniej przywiązują, aniżeli korporacja.

Architektura powierzchniowa

Drugim efektem oddziaływania nowego kapitalizmu jest standaryzacja. Kilka lat temu, podczas wycieczki po nowojorskim Chanin Building, gmachu w stylu art déco ze wspaniałymi biurami i przestrzennymi, luksusowymi ciągami komunikacyjnymi, szef wielkiej korporacji spod znaku new economy zauważył: “To nie dla nas. Ludzie mogliby się za bardzo przywiązać do swoich biur. Mogliby pomyśleć, że tu przynależą”.

Elastyczna przestrzeń biurowa nie jest po to, żeby się w niej zadomowić. Architektura biur w firmach organizowanych na zasadach płynnego dostosowywania się wymaga środowiska, które można szybko przekształcić – w skrajnych sytuacjach “biuro” może oznaczać terminal komputerowy. Neutralność nowych biurowców bierze się też stąd, że stanowią dziś obiegową monetę krążącą po całym świecie: żeby ktoś w Manili mógł łatwo kupić lub sprzedać trzydzieści tysięcy metrów kwadratowych powierzchni biurowej w Londynie, przestrzeń ta musi być zunifikowana i przezroczysta, jak pieniądz. To dlatego Ada Louise Huxtable, amerykańska krytyczka architektury, nazwała styl budynków new economy „architekturą powierzchniową” - strojna i oryginalna fasada kryje wnętrze neutralne, standardowe, które można szybko i bez kłopotów przearanżować.

Obok architektury powierzchniowej mamy również ustandaryzowaną powszechną konsumpcję – globalna sieć sklepów sprzedaje te same artykuły w podobnej przestrzeni w Manili, Meksyku czy Londynie. Trudno w takiej sytuacji oczekiwać przywiązania do rodzimej dziury czy bananowej republiki. Standaryzacja rodzi obojętność. Można to ująć jeszcze inaczej. Problem lojalności wobec firmy - który sprawił, że menedżerom niegdyś entuzjastycznie nastawionym wobec niekończącego się procesu przekształceń dziś zaczynają spadać z oczu łuski – ma swoją analogię w sferze konsumpcji. Tutaj przywiązanie i zaangażowanie również zanikają. Miasta nie mają już do zaoferowania czegoś odmiennego, nieoczekiwanego czy poruszającego. W neutralnej przestrzeni publicznej wspólna historia i pamięć zbiorowa karleją. Ustandaryzowana konsumpcja atakuje to, co ma lokalne znaczenie, podobnie jak nowa organizacja pracy atakuje to, co trwałe i wspólne dla pracowników.

Trzeci skutek nowego kapitalizmu nie jest aż tak widoczny. Nie dający oparcia, stresujący system pracy ma dezorientujący wpływ na życie rodzinne. Dobrze znany z mediów obrazek – zaniedbane dziecko, zestresowany dorosły, brak zakorzenienia w rodzimym środowisku – wcale nie oddaje istoty tej dezorientacji. Chodzi raczej o to, że wzorce zachowania rządzące we współczesnym świecie pracy - nie angażuj się, nie wtrącaj, myśl na krótką metę - mogą zniszczyć rodzinę, jeśli przeniesie się je z biura do domu. “Wartości rodzinne”, tak cenione przez opinię publiczną i polityków, nie muszą wcale być wyznacznikiem prawicowego konserwatyzmu. Stanowią silną, choć często nie do końca uświadomioną reakcję na zagrożenie, jakie new economy stanowi dla rodzinnej solidarności. Wybitny amerykański krytyk społeczny Christopher Lasch przedstawił obraz rodziny jako wizję “nieba w bezdusznym świecie”. Takie postawienie sprawy dobrze oddaje sytuację, gdy praca nagle przestaje być przewidywalna i wymaga od dorosłych coraz większych nakładów czasu. Jednym ze skutków tego narastającego dyskomfortu, doskonale udokumentowanym w różnych studiach na temat średniowiecznych stosunków pracy, jest stopniowa rezygnacja osób dorosłych z udziału w życiu obywatelskim i zwrot ku umacnianiu życia i więzi rodzinnych. Aktywność obywatelska jawi się bowiem jako kolejny pożeracz deficytowych towarów – czasu i energii.

Bierni ukochani

To prowadzi nas do kolejnego skutku, jaki postępujący proces globalizacji wywiera na miastach. Nowa elita światowa, wygodnie ulokowana w takich metropoliach, jak Nowy Jork, Londyn czy Chicago, unika zaangażowania w miejską politykę. Jej celem jest działanie, nie rządzenie - w ten sposób powstaje sfera władzy bez odpowiedzialności.

W 1925 roku w Chicago władza polityczna i ekonomiczna szły ze sobą w parze. Szefowie 80 największych firm w mieście zasiadali w radach 142 szpitali, obsadzali 70% miejsc w zarządach college’ów i uniwersytetów. Podatki 18 korporacji składały się na 23% budżetu miasta. Dla porównania, dziś w Nowym Jorku jedynie kilku członków kierownictwa światowych firm zasiada w zarządach instytucji edukacyjnych i ani jeden w radzie szpitali. Dobrze udokumentowane są też otwarte próby uniknięcia podatków – czy to lokalnych, czy też państwowych – przez międzynarodowe firmy, takie jak koncern Ruperta Murdocha.

Dzieje się tak dlatego, że globalna ekonomia nie jest zakorzeniona w mieście, to znaczy nie zależy już od sprawowania kontroli nad miastem jako całością. W to miejsce wykształca się ekonomia wyspy – w sensie dosłownym, kiedy mówimy o Manhattanie, czy w sensie architektonicznym, gdy chodzi o londyńskie Canary Wharf, które przywodzi na myśl imperialne budownictwo minionej epoki. Jak wykazali socjologowie John Mollenkopf i Manuel Castells, ów globalistyczny dobrobyt w żaden sposób nie wycieka poza granice tych i podobnych enklaw.

Polityka „globalnej enklawy” doprowadziła do rozwinięcia się swoistej obojętności na sprawy miasta. Tego rodzaju zjawisko, jakkolwiek w zupełnie innym kontekście, Marcel Proust nazwał kiedyś fenomenem “biernego ukochanego”. Dzięki groźbie, że odejdzie, przeniesie się w jakieś inne miejsce na ziemi, globalna firma zyskuje niezwykłe przywileje - byle tylko została. Cały czas bowiem, mimo że wydaje się obojętna wobec miejsca, w którym osiadła, kusi obietnicą zysku. Oznacza to, że wraz z globalizacją pojawia się problem z obywatelstwem zarówno w odniesieniu do miasta, jak i państwa. Miasto nie może partycypować w bogactwie światowych korporacji, one zaś w niewielkim stopniu zaznaczają swoją obecność w mieście, unikają odpowiedzialności. Mogą sobie na to pozwolić dzięki ponawianej groźbie ucieczki, nam zaś brakuje politycznych mechanizmów, które pozwoliłby wyegzekwować od tych kapryśnych instytucji godziwą zapłatę za przywileje, jakimi się cieszą.

Wszystko to ma istotny wpływ na miejską społeczność, zorganizowaną wokół kompromisu zbudowanego na gruncie wszechobecnej odrębności. Ów kompromis oznacza pozostawienie innych w spokoju, swego rodzaju wzajemną obojętność. Dobrą stroną takiego stanu rzeczy jest to, że współczesne miasto rozkłada się jak akordeon, aby przyjąć nowe fale imigrantów bez różnicy, skąd pochodzą. Złe jest natomiast to, że przystosowanie, które zasadza się jedynie na poszanowaniu odrębności, wróży rychły koniec praktyk obywatelskich – a zatem umiejętności rozumienia różnych, nie zawsze zbieżnych interesów. W podobny sposób możemy się spodziewać zatracania się zwykłej ludzkiej ciekawości, którą budzą w nas inni.

Zmienność nowoczesnego miejsca pracy rodzi poczucie nieciągłości. Czas elastyczny staje się czasem pokawałkowanym – pracujesz przy jednym projekcie, potem przy innym, niezwiązanym z poprzednim. Nie kumuluje się, nie składa się w jedną całość. Nie ma w nim sensu – w twoim życiu wyraźnie czegoś brak. Żeby ten własny sens odzyskać, powinieneś zwrócić się w stronę ludzi innych od ciebie, ku “sąsiadowaniu z obcością”.

To pozwala nam zwrócić uwagę na ważną część współczesnej sztuki ulepszania miasta. Powinniśmy tak kształtować przestrzeń, by pomieściła różne rodzaje aktywności, tak jak w przeszłości, kiedy sfera życia rodzinnego pokrywała się ze sferą pracy. Nieciągłość czasu kapitalistycznego cofa nas do problemu związanego z powstaniem miasta epoki industrialnej. Miasto, które przed nastaniem kapitalizmu przemysłowego oddzieliło się od domus, było budowane tak, że łączyło sferę aktywności rodzinnej, ekonomicznej i oficjalnej z wieloma innymi, mniej formalnymi obszarami. Dziś musimy naprawić wspólną przestrzeń, aby przeciwdziałać rozczłonkowaniu, wynikającemu z oddziaływania współczesnej organizacji czasu pracy na nasze życie.

Richard Sennett

Autor jest profesorem socjologii w London School of Economics.

 

Źródło: Le Monde Diplomatique, edycja polska, NR 10 (20) PAŹDZIERNIK 2007 (LINK

Komentarze (0)

Zapisz się do kanału RRS tego komentarza

Pokaż/Ukryj Komentarze

Napisz komentarz

pomniejsz | powiększ obszar

Poprawiony: piątek, 27 sierpnia 2010 17:43