Świat za murami
Maciej Machajski   
wtorek, 23 lutego 2010
Mimo, że zjawisko grodzonych osiedli ma zasięg globalny, w Polsce dotychczas dyskusja na ich temat przeważnie odnosiła się do amerykańskich przykładów czy też anglosaskiej literatury przedmiotu. Dlatego tak ciekawą jest książka wydana przez Uniwersytet Wrocławski pt. Za murami autorstwa Jacka Gądeckiego. Okazuje się, iż co kraj to obyczaj. Ci, którzy w wyścigu szczurów a la polonaise doczekali się swojego „M" na strzeżonym osiedlu wcale nie kupili sobie tzw. "świętego spokoju." Wręcz przeciwnie - mieszkańcy polskich grodzonych osiedli czują się oszukani, zaszczuci i przestraszeni. Kolejny dowód na to, iż w polskich miastach nie tylko nie ma miejsca dla mało (lub średnio) zamożnych - nawet i bogatym nie żyje się tutaj dobrze. Polecamy książkę oraz jej recenzję (poniżej) która niedawno ukazała się w Gazecie Wyborczej.

 

 

 

W grudniu 2005 r. "Gazeta Stołeczna" opisała awanturę na największym zamkniętym osiedlu w Warszawie - Marina Mokotów (według strony internetowej dewelopera Marina ma 21,5 ha powierzchni, na której zaprojektowano: 14 bloków z 1027 mieszkaniami, 24 apartamentowce, 54 bliźniaki i 10 rezydencji. Osiedle oddzielają od miasta wał ziemny i płot oraz oczywiście kamery i ochroniarze).

Wielu mieszkańcom Mariny przeszkadzało, że na osiedlu są lokale, do których może wejść każdy, m.in. kwiaciarnia, delikatesy i pijalnia czekolady. Na internetowym forum osiedla wrzało. Internauta podpisujący się "nmsolut" pisał: "Prawdę mówiąc, jestem zły. (...) Drobny złodziejaszek będzie mógł wejść po piwo, a przy okazji ukradnie coś z balkonu albo z auta". Inny dodawał: "ABSOLUTNIE NIE ZGADZAM SIĘ NA OSIEDLE OTWARTE - nie po to zrezygnowałem z domu pod Warszawą, by ponownie zastanawiać się nad bezpieczeństwem moich dzieci. Marinę wybrałem głównie dlatego, że stworzyła duże bezpieczne podwórko".

Dziennikarz "Gazety" sprawdził - na osiedle rzeczywiście mógł wejść każdy, wystarczyło pewnym krokiem minąć ochroniarzy. Mimo wylewanej w internecie frustracji mieszkańcy nie potrafili się zorganizować i załatwić problemu, czyli zamknąć Mariny na amen.

Banalność tej historii kryje fascynujący materiał dla socjologa - i to, by tak rzec, piętrowy. Na pierwszym "piętrze" analizy zamknięte osiedle można potraktować jak lustro, w którym odbijają się wydestylowane cechy zbiorowej psychiki Polaków: brak wiary, że państwo i jego służby (takie jak policja) są w stanie ochronić prawo i porządek; nieufność wobec rodaków; gorączkowy wyścig po prestiż i pieniądze.

Socjolog może też badać, co Polacy o tych osiedlach myślą i co o nich mówią (czyli - w zawodowym żargonie - dyskurs). Na tym drugim "piętrze" badania sprawy się komplikują i wyglądają jeszcze ciekawiej. Polak może kupować mieszkanie na grodzonym osiedlu, słono płacąc za ten przywilej, ale kiedy już na nim mieszka, często czuje się źle. Uwierają go płoty, chociaż mają go chronić i za nie zapłacił. Przeszkadzają hałaśliwi sąsiedzi z przeciwka, którym cały czas zagląda w okno, bo na nowych osiedlach mniej jest przestrzeni pomiędzy domami niż na blokowiskach z czasów PRL. Sąsiadów słabo zna nawet z widzenia. Co prawda myśli, że mieszkanie w domu z marmurami na klatce schodowej, portierem w liberii i ochroną jest oznaką życiowego sukcesu, ale - z drugiej strony - zdarza się, że marmury szybko odpadają, liberia jest brudna, a ochrona leniwa i obiecany luksus robi wrażenie taniej dekoracji. Miało być elitarnie, a jest przypudrowane blokowisko.

Rytuał przekraczania granicy

Socjolog z AGH w Krakowie dr Jacek Gądecki (rocznik 1979) napisał fascynującą książkę o grodzonych osiedlach. Przeczytał, co piszą o nich socjologowie w Stanach Zjednoczonych, gdzie powstały te, które były prototypem naszych. Pierwsze nawet zostało dosłownie przywiezione zza oceanu - łącznie z amerykańskimi oknami na korbkę - do podwarszawskiego Piaseczna na początku lat 90. Analizował polskie gazety - w tym "Gazetę Wyborczą", która o zamkniętych osiedlach pisała najwięcej. Robił wywiady z mieszkańcami.

Gądecki pisze o kłótni w Marinie: "U jej mieszkańców dominuje lęk (nie czują się bezpiecznie) oraz poczucie zdrady (czują się oszukani przez dewelopera, który zapewniał, że nabywają mieszkanie na osiedlu zamkniętym). Ta mieszanina lęku i poczucia zdrady wydaje mi się intrygująca: dostrzegamy, że zastosowanie techniki monitoringu nie zastępuje mieszkańcom fizycznego zamknięcia. To, czego potrzebują, to wyraźnie oddzielone terytorium oraz udział w codziennym spektaklu czy rytuale przekraczania granicy".

Do zamkniętych osiedli pchają więc Polaków dwie uzupełniające się potrzeby - bezpieczeństwa i prestiżu. Wybieram zamknięte osiedle, bo mnie na nie stać, i potrzebuję bezpieczeństwa, na które poza nim nie mogę liczyć (ochroniarze i płot pokazują i jedno, i drugie). Chcę mieć pewność, że nikt nie zdemoluje mojego samochodu, nie ukradnie wózka zostawionego na klatce schodowej i nie napadnie mnie na podwórku. Ten lęk - jak podkreśla socjolog - jest w znacznej mierze irracjonalny. W sondażach regularnie 80 proc. Polaków mówi, że czuje się bezpiecznie w swojej dzielnicy, a 60 proc. sądzi, że Polska jest krajem bezpiecznym.

Równocześnie jednak grodzone osiedle pokazuje skalę tego, co socjolog nazywa "prywatyzacją" - i nie chodzi tu o sprzedawanie państwowych przedsiębiorstw, ale o zjawisko znacznie głębsze. Nie liczymy na to, że wspólnota załatwi nawet najbardziej elementarne nasze potrzeby, takie jak potrzeba bezpieczeństwa. Nie liczymy też na to, że to się da zmienić. Kupujemy bezpieczeństwo na rynku. Wystarczy mieć pieniądze. Prywatyzacja polega na tym, że relacje rynkowe wypierają nierynkowe: zamiast liczyć na to, że sąsiad wezwie policję, kiedy zobaczy w moim domu złodzieja - płacę ochroniarzowi.

Dlaczego jednak nie wystarczają kamery i ochrona? Można przecież zabezpieczyć osiedle przed wandalami, nie stawiając płotów. Gądecki sądzi, że bierze się to w części ze zmiany społecznego nastawienia do karania. O ile 20 czy 30 lat temu celem systemu karania było także przywrócenie przestępców społeczeństwu - dziś chodzi w coraz większym stopniu o to, by się od nich odizolować (symptomem tej zmiany, pisze socjolog, jest to, że w Stanach Zjednoczonych więzienia buduje się coraz częściej daleko poza miastem). Ogrodzenie osiedla to odwrotna strona tego medalu: fizycznie odcinamy się w ten sposób od meneli, mętów i młodocianych złodziejaszków, czyli tego całego - jak można przeczytać na internetowych forach - "syfu na zewnątrz".

Nie tylko bezpieczeństwo zostało sprywatyzowane, także krajobraz. Polskie miasta są często brzydkie, chaotycznie zabudowane, pomazane graffiti i zaśmiecone. Kupując dom na zamkniętym osiedlu, ludzie płacą za równe chodniki, czyste ściany i klatki schodowe oraz pewne minimum przestrzennego ładu (nawet jeśli nowe osiedla są brzydkie, to są czyste i uporządkowane). To również świadczy o bezradności wspólnoty. Skoro nie wierzę, że z brzydotą mojego miasta da się coś zrobić, chowam się za murami - które chronią moją prywatną wysepkę luksusu, czystości i porządku. Tę potrzebę świetnie wychwytują deweloperzy - wystarczy spojrzeć na ich reklamy.

I tak mam sąsiada chama

Gądecki prześledził, jak zmieniały się opisy grodzonych osiedli w polskiej prasie.

W pierwszej połowie lat 90. traktowano je jako coś egzotycznego i obcego, symbol nowoczesności i "Zachodu". "Oaza luksusu i kawałek Ameryki" - pisał wtedy mój redakcyjny kolega o osiedlu zbudowanym przez Curtis International w Piasecznie, przywiezionym ze Stanów w kontenerach. Jeszcze bardziej entuzjastycznie pisano o zamkniętych osiedlach poza stolicą - były wizytówkami modernizacji i postępu.

Pod koniec dekady grodzonych osiedli było w Polsce, a zwłaszcza w Warszawie, coraz więcej. Przestały być czymś egzotycznym, ale pozostały symbolem statusu. Młodzi inteligenci pokazywali swój sukces zawodowy, wyprowadzając się na obrzeża miasta - do zamkniętych osiedli. Ich istnienie jest czymś naturalnym i oczywistym, o czym się nawet nie dyskutuje. Gądecki: "Trudno znaleźć w analizowanym materiale jakiekolwiek informacje o genezie osiedli grodzonych w Polsce: one po prostu są dostępne i poszukiwane na rynku. Pojawienie się osiedli grodzonych potraktowano w tej fazie jako naturalne następstwo splotu bliżej nieokreślonych wydarzeń, a ich istnienie nie wymagało szczególnego zainteresowania".

To nastawienie zmienia się radykalnie około 2005 r. Punktem przełomowym były - według Gądeckiego - badania pewnego niemieckiego studenta socjologii, który przyjechał z Berlina do Warszawy na stypendium i jako pierwszy po prostu narysował mapę zamkniętych osiedli w Warszawie. Wtedy okazało się, jak naprawdę jest ich dużo. Od tego czasu ton artykułów się zmienił. Zaczęto pisać, że zamknięte osiedla rozrastają się "jak rak na tkance miasta", że płoty likwidują przestrzeń publiczną i że życie za murami wcale nie jest pasmem samych przyjemności i luksusów, tylko ma swoją cenę. Za pieniądze bowiem nie sposób kupić wspólnoty, nawet sąsiedzkiej. Dziennikarze zauważyli, że na zamkniętych osiedlach często trudno się dogadać z sąsiadami - bo każdy myśli, że skoro zapłacił, ma prawo wymagać (i samemu się nie angażować) - i że na zebraniach wspólnot i forach internetowych wybuchają często karczemne awantury. Zaczęto zauważać, że na Zachodzie ogrodzonych osiedli jest mało i należą raczej do krajobrazu Trzeciego Świata.

Publicysta musi tu zauważyć, że ta zmiana atmosfery dokonała się niemal równolegle - albo bardzo blisko - z wygraną ostentacyjnie antyliberalnej partii w wyborach. Zwycięstwo PiS i zmiana wizerunku zamkniętych osiedli to oczywiście zjawiska bardzo odległe, ale może wolno potraktować oba jako części fali rozczarowania wobec czysto rynkowych reguł społecznej gry? Może po 15 latach fascynacji kapitalizmem i konsumpcją Polacy poczuli, że rynek - który zapewnia im ogromny wybór ubrań, samochodów czy rozrywek - nie jest także w stanie zagwarantować im wielu bardziej podstawowych potrzeb? Nie traktowałbym tego jako gestu odrzucenia kapitalizmu (a tym bardziej świadectwo chęci powrotu do PRL), ale raczej jako wyraz przekonania, że w Polsce równowaga pomiędzy tym, co rynkowe, a tym, co wspólnotowe, została zachwiana. Ludzie nie zaczęli się wyprowadzać ze strzeżonych osiedli, ale atmosfera wokół nich się zmieniła.

Dla Gądeckiego zamknięte osiedle jest symbolem beznadziejnego uwikłania współczesnego Polaka. Żyje on w świecie nieustającej rywalizacji. Radzi sobie w nim dobrze, ale płaci za to wysoką cenę - nie tylko w postaci wrzodów i zawałów, brakuje mu także poczucia wspólnoty i bezpieczeństwa. Za zarobione w tej brutalnej konkurencji pieniądze próbuje kupić sobie poczucie wspólnoty i bezpieczeństwa - tyle że to nie wychodzi. Stąd frustracja: przecież tyle zapłaciłem, a i tak mam sąsiada chama, który myśli, że mu wszystko wolno.

 

Adam Leszczyński (Gazeta Wyborcza) (link)

Komentarze (0)

Zapisz się do kanału RRS tego komentarza

Pokaż/Ukryj Komentarze

Napisz komentarz

pomniejsz | powiększ obszar

Poprawiony: środa, 24 marca 2010 16:55