Miasto to nie shopping mall
Lech Mergler   
niedziela, 13 grudnia 2009

Rozmowa o zrównoważonym rozwoju miast z dr. Andreasem Billertem, specjalistą w zakresie rewitalizacji i gospodarki przestrzennej, nauczycielem akademickim, publicystą, członkiem Stowarzyszenia My-Poznaniacy. Zajmuje się rewitalizacją miast w Niemczech i Polsce, wykłada na uczelniach w obu krajach, m.in. UAM i Viadrinie. Rozmowa ukazała się w kwartalniku "Nowator".

 

 

 

 

 

 

 

 

Czym jest rozwój zrównoważony, co oznacza w odniesieniu do rozwoju miast?

Przede wszystkim trzeba zauważyć, że ma miejsce pewna swoboda w tłumaczeniu z angielskiego pojęcia "sustainable development", którego istotnym rdzeniem znaczeniowym jest trwałość. Proces rozwojowy ma prowadzić do trwałych wyników. Mieści się w tym choćby i to, że rzeczy, które produkujemy, nie będą tak zrobione, żeby od razu po pierwszym użyciu nadawały się na śmietnik, nie były jednorazowego użytku. Na ile to możliwe powinny też pochodzić z recyklingu, żeby chronić klimat i generalnie zmniejszać ilość zużywanej materii, energii, surowców nieodnawialnych itd..  

Od dawna w Europie idee rozwoju zrównoważonego mają swój wyraz w gospodarce przestrzennej, która preferuje odzyskiwanie, recykling terenów zdegradowanych na obszarze zurbanizowanym i metodami prawnymi uniemożliwia zabudowywanie terenów nowych. Na takich odzyskanych terenach rozwija się budownictwo mieszkaniowe. Jednocześnie, nawet na poziomie reklam w popularnych czasopismach w Zachodniej Europie preferowane, wręcz obowiązujące jest budownictwo, które w skrajnie rygorystyczny sposób oszczędza energię. Hasłem reklamowym na topie jest dom dwóch litrów, albo dom jednego litra...

Co to takiego?

To oznacza minimalne zużycie energii na ogrzanie takiego oszczędnego domu – wynosi ono właśnie owe dwa litry, albo tylko jeden oleju opałowego zużywany przez cały rok w przeliczeniu na jeden metr sześcienny kubatury budynku. Do budowy domu oszczędnego wykorzystuje się specjalne materiały izolacyjne o wysokich parametrach. Korzysta się też z odnawialnych źródeł energii, ogniw i kolektorów słonecznych, wykorzystuje ciepło ziemi itd. Widać to choćby na niemieckich dachach, zarówno na wsi jak i w mieście. Dziś marketing na rynku nieruchomości mówi językiem postulatów z zakresu zrównoważonego rozwoju: kupując u nas dom zużyjesz najmniej energii, będziesz miał blisko do centrum, bo tereny odzyskiwane nie leżą na peryferiach, więc będziesz mógł jeździć tam tramwajem, bez potrzeby używania samochodu.

Bo wyzwaniem dla miasta europejskiego, przestrzegającego zasad rozwoju zrównoważonego, jest idea tzw. miasta krótkich dróg. Ona oznacza, że w sensie rozległości przestrzennej miasto raczej się "zwija", niż rozwija, tzn. dąży do zwartości zabudowy, a nie jej rozciągania na coraz to nowe tereny, co prowadziłoby do wydłużania długości tras niezbędnych przejazdów. Ograniczanie długości tras przemieszczania się osiąga się też przez odpowiednią politykę przestrzenną i właściwe lokalizacje w obrębie już zurbanizowanego terenu: miejsc zamieszkania, pracy, usług, handlu, edukacji itd. Żeby nie zmuszać mieszkańców do codziennego, wielokrotnego przemierzania całego miasta z domu do pracy, z dziećmi do szkoły, potem jeszcze gdzie indziej na zakupy, a potem w inne rejony miasta do kina czy na koncert, na basen albo do lekarza.

Czy te ekologiczne rozwiązania bronią się same w ramach gospodarki rynkowej, czy też wymagają zasilania ze środków publicznych?

W tej chwili w zachodniej części Europy świadomość ekologiczna jest już niezwykle wysoka, ale przecież każdy patrzy na swoją kieszeń i nikt nie chce za nic płacić więcej niż jest to konieczne.. Dlatego właśnie rynek kusi domem energooszczędnym, który jest tańszy w utrzymaniu i do tego jest tak zlokalizowany, że nie wymaga używania samochodu. Jednak wszystkiego nie można rozwiązać bez udziału państwa, bo w przypadku szeregu wyrafinowanych technologii ekologicznych proces osiągania przez nie rentowności trwa bardzo długo i biznes prywatny by tego nie udźwignął. Uczestnictwo państwa i innych podmiotów publicznych jest konieczne także w zakresie popularyzacji i upowszechniania postaw i technologii ekologicznych

Wskazuje się u nas na trzy wymiary rozwoju zrównoważonego: ekologiczny, społeczny i ekonomiczny. Co ma znaczyć trwałość w odniesieniu do wymiaru społecznego?

Trwałość zależy od równowagi, a chodzi o zachowanie lub zawiązywanie trwałych struktur społecznych. W związku z globalizacją nastąpiło wykatapultowanie z rynku pracy ogromnej liczby ludzi, których sytuacja ewoluuje albo w stronę trwałego bezrobocia, albo bardzo niekorzystnych dla nich warunków pracy. W życiu miejskim, dla struktur społecznych w mieście, oznacza to nietrwałość wynikającą z niestabilności, którą przynoszą nowe jakościowo relacje społeczne powstające na tym tle. Coraz liczniejsze grupy są marginalizowane, pokrzywdzone po prostu. Społeczeństwo jest coraz bardziej rozbite i powstaje sytuacja nietrwałości, prowizoryczności, która zawiera w sobie pewien wybuchowy potencjał. Nie sposób więc mówić w warunkach globalizacji o zrównoważonych, a tym bardziej trwałych strukturach społecznych. 

W Europie Zachodniej jest to tym bardziej trudny problem, że sytuację komplikuje obecność obcokrajowców. Następuje upadek tradycyjnych dziedzin przemysłu i w konsekwencji całe dzielnice zamieszkałe przez ludzi i ich rodziny utrzymujące się dotąd z pracy w nich, stają się obszarami bezrobocia. Ma to daleko idące konsekwencje dla całej struktury usług, mieszkalnictwa, różnych dziedzin konsumpcji. Jednocześnie duża część właśnie obcokrajowców, zwłaszcza młodszego pokolenia, którzy zakładali, że zajmą miejsca pracy rodziców w tradycyjnych przemysłach, miejsca pracy prostej, fordystycznej, dość szybko dziś znikające w krajach rozwiniętych, dodatkowo zwiększa obszar niestabilności gorzej znając język, mając niższe kwalifikacje i kapitał kulturowy w odniesieniu do rodowitych mieszkańców kraju osiedlenia. Tak powstają obszary zapalne, swoista beczka prochu, której ładunek wybuchowy dodatkowo zwiększa to, że środowiska obcokrajowców na marginalizację reagują poprzez próby powrotu do swoich korzeni. W ten sposób starają się odzyskać poczucie bezpieczeństwa i wzmocnić tożsamość. Grupują się wokół przywódców, którzy im mówią, że tylko przez powrót do korzeni mogą się zbawić. Nie cieszy się to akceptacją wśród autochtonów, raczej wywołuje niepokój i opór tych w końcu liberalnych i pluralistycznych społeczeństw europejskich.

Chodzi o muzułmanów?

Tak, ale nie tylko, to bardziej skomplikowane, ma wymiary etniczne, nie tylko religijne. Oto w sytuacji, kiedy pojawia się zagrożenie utratą pracy dla, na przykład, dużej grupy imigrantów z byłej Jugosławii, wśród których są Serbowi, Chorwaci, Bośniacy, Macedończycy, zaraz odtwarzają się konflikty etniczne wydawało się dawno pozostawione na Bałkanach. Najwięcej takich konfliktów destabilizujących społeczną trwałość jest tam, gdzie pada wielki, tradycyjny przemysł.
To jest pod pewnymi względami podobne do sytuacji w Polsce na terenach, gdzie taki przemysł upadł i całe masy ludzi odeszły z rynku pracy, między innymi na wcześniejsze emerytury, co będzie dla Polski w najbliższych i kolejnych latach gigantycznym obciążeniem. 

Czy ta niestabilność, nietrwałość struktur społecznych to druga strona dążenia do deregulacji w gospodarce? Niestabilność społeczna jako ujawniająca się w sferze społecznej konsekwencja deregulacji ekonomicznej…

Można tak powiedzieć, ponieważ fundamentalnym założeniem rozwoju zrównoważonego jest zasadnicza wartość: sprawiedliwość społeczna. Bez niej nie sposób mówić o jakiejś społecznej harmonii, potencjale do rozwoju, samorządności, podmiotowości politycznej itd. Deregulacja jest źródłem wielkiego zagrożenia dla społecznej stabilności dlatego, że absolutnie wolny rynek sam w sobie jest tylko pewnym mechanizmem z nieukierunkowaną energią jak młody dziki koń, który wymaga siodła, wymaga jeźdźca, wymaga uzdy. Dynamika tkwiąca w tym koniu tkwi jest pożyteczna pod warunkiem, że siedzi na nim sprawny dżokej, który nie tylko nie da się zwalić na ziemię, ale utrzyma się pewnie w siodle i będzie potrafił pokierować energią konia, spowodować, że popędzi on tam, gdzie dżokej chce, a nie ślepo przed siebie, byle do koryta. 

Jakie najpoważniejsze z punktu widzenia zasad zrównoważonego rozwoju wyzwania stoją współcześnie przed miastami na świecie, ale także w Polsce?

Najbardziej dramatycznie ujawniają się one w Azji, Afryce i Ameryce Południowej w postaci eksplozywnego rozrostu coraz większych slumsów, w których żyją co najmniej dziesiątki milionów ludzi. Jasne jest, że poziom biedy w slumsach Azji, Afryki czy Ameryki dotyczy innego jej poziomu, niż bieda w Polsce, nie mówiąc o Zachodniej Europie albo Ameryce Północnej. Między Polską a Europą jest pod tym względem także wielki dystans, który po 1990 roku urósł głównie dlatego, że państwo wycofało się z aktywności w rozmaitych, społecznie istotnych dziedzinach życia. Przede wszystkim z takiej jak mieszkalnictwo. Rezygnowało z prowadzenia polityki społecznej redukując ją jedynie do doraźnej, minimalnej interwencyjnej społecznej pomocy. Jednocześnie słabo wspierając projekty społeczne, które mogłyby uzyskać finansowanie z Unii Europejskiej, wsparcie od ruchów obywatelskich, organizacji non profit, ngo’sów i różnych innych oddolnych struktur społeczeństwa obywatelskiego organizujących się w imię zaspokajanie społecznych potrzeb, choćby takich jak spółdzielnie. To wszystko jest jakby nieważne dla polskiej polityki. 

W mieszkalnictwie nic nie można zrobić bez pieniędzy, poza skleceniem sobie domku z kartonów na ulicy albo w krzakach. W Poznaniu około 1400 rodzin z wyrokami eksmisyjnymi czeka na lokale socjalne, bo nie stać ich na "rynkowe" koszty. To jest m.in. rezultat wycofania się państwa z polityki mieszkaniowej, czego nic nie może usprawiedliwić. To jest ewenement na skalę europejską. Tzw. wolny rynek nieruchomości, komercyjna działalność deweloperów, nie jest w stanie rozwiązać problemu szerokiego społecznego zapotrzebowania na dach nad głową. Wolny rynek rozwiązuje problemy mieszkaniowe wyłącznie ludzi jako tako zasobnych. Na całym świecie szeroki dostęp do tanich mieszkań, jeśli został gdzieś osiągnięty, to wyłącznie dzięki pomocy państwa na szeroką skalę w ramach realizowanej polityki mieszkaniowej. Tłumaczenie, że państwa na to nie stać to obłuda, zwłaszcza jeśli stać je na zbrojenia i prowadzenie wojen na innych kontynentach. 

Poza kwestią biedy – do jakich spostrzeżeń prowadzi porównywanie dróg rozwoju i problemów rozwojowych miast amerykańskich i europejskich oraz polskich?

W pewnym westernie, amerykańskim oczywiście, na farmę przyjeżdża gość. W pewnym momencie rozmowy pyta farmera, gdzie jest granica jego terenów. A, to musisz ze dwa dni jechać, bo to jest taki big country... Oczywiście ta historia amerykańska, która w przeszłości oznaczała przyzwolenie na zajmowanie nawet bardzo wielkich terenów, w tej chwili jest już wyczerpana chociaż nadal generuje wielkie problemy. Podstawową konsekwencją myślenia, że to jest "big country..." jest przekształcanie się miast w systemy komunikacyjne ze wszystkimi tego skutkami w dziedzinie ekologicznej, zużycia energii, zatrucia środowiska itd. 

Co to oznacza - "miasto jako system komunikacyjny"? 

Urbanistyka w Ameryce, ale nie tylko, choć nigdzie w takim stopniu i na taką skalę, zajmowała się głównie projektowaniem systemów dróg dla niezliczonej i stale rosnącej liczby samochodów. W Europie takie nastawienie szybciej się wyczerpało, bo wcześniej okazało się, że tu nie mamy takich "big countries". Wcześniej stało się jasne, że nie możemy sobie pozwolić na tak wielkie marnotrawstwo energii i na tak intensywne zatruwanie środowiska. W Ameryce, może jeszcze w Australii, sytuacja jest szczególna, specyficzna, ze względów geograficznych, inna niż w Europie. Europa to jest kontynent nieduży, o wielkich i długotrwałych tradycjach. Miasta europejskie mają wielkie wartości historyczne, kulturalne, w tym architektoniczne, czego nie można powiedzieć o miastach amerykańskich, o wiele młodszych. Większa część zabudowy terenów przeznaczonych w Ameryce pod mieszkalnictwo to budownictwo nietrwałe, niemalże jednorazowego użytku. Te domy można w każdej chwili niemal od ręki rozebrać, buduje je się bardzo szybko, itd. To jest zupełnie inna tradycja i kultura miejska niż w Europie, nie można ich w ogóle ze sobą porównywać. W małej Europie każdy obszar niezabudowany jest niemal na wagę złota. To takie obszary decydują o walorach ekologicznych i rekreacyjnych miast. Od nich z kolei zależy, czy do miasta będzie chciała przybywać gospodarka wysokiej jakości, oparta na wiedzy, zatrudniająca ludzi o wysokich kwalifikacjach. Oni mają szczególne oczekiwania wobec miasta, wobec przestrzeni miejskiej, architektury, kultury, terenów rekreacyjnych.

A po drugie – recykling przestrzeni jest oczywistą koniecznością, nie możemy pozostawiać terenów zdegradowanych i przenosić się na tereny inne, niezniszczone, bo ich już po prostu nie ma. Porzucać, pozostawiać po wykorzystaniu, jak rolnik z czasów neolitycznych, który ani nie znał trójpolówki, ani nie znał nawożenia, więc miejsce, które przez uprawę wyjałowił, porzucał, a zajmował nowe. To stare mogło z upływem czasu zarosnąć lasem, bo ludzi było mało, a ziemi i lasów dużo, nikt nikomu nie wchodził w drogę, a natura miała czas na regenerację i samoregulację.

Obecnie jest odwrotnie i jak mówiłem konieczny jest stały recykling przestrzeni, ciągłe odzyskiwanie terenów zdegradowanych. Polityka, która tego nie zakłada, jest niszcząca. W krajach zachodnich nie wolno zabudowywać nowych terenów, muszą istnieć ku temu jakieś szczególne powody. Pytanie tam stawiane to - nie gdzie możemy budować, tylko w jaki sposób unikać budowania na nowych terenach, jak wykorzystywać rezerwy, restrukturyzować przestrzeń. Obecnie w dużych miastach najlepsze lokalizacje dla inwestycji mieszkaniowych to obszary zdegradowane, poddawane recyklingowi: tereny pokopalniane, poprzemysłowe, powojskowe, poportowe. 

I to jest też ogromna oszczędność środków. Budowanie na terenach "dziewiczych" wymaga budowania od zera infrastruktury miejskiej, a tereny odzyskiwane zwykle leżą na obszarach już zurbanizowanych. Oszczędza się na budowie dróg, systemów komunikacji publicznej, no i nie rozciąga się tak miasta, nie tworzy miasta "długich dróg". Oszczędza się energię. Nikt w krajach cywilizowanych już nie pcha się z inwestycjami w takie miejsca, ale robi się to na szeroką skalę w Polsce. I tylko w Polsce. Tak jakby Polska miała bardzo dużo pieniędzy, które jest w stanie wkładać w te koszty, o których przed chwilą mówiłem. Odbywa się to oczywiście kosztem utrzymania jakości miejskiej w śródmieściu, odnawiania i rewitalizacji centrów polskich miast. Jest na to szereg rozmaitych źródeł funduszy europejskich, ale one generalnie słabo funkcjonują, zaś podstawowy strumień kapitału przy poparciu władz płynie na peryferie. Centra zaś podlegają degradacji.

Na to się argumentuje, że oni tam na Zachodzie już sobie nabudowali, to mogą się teraz ograniczać. My zaś chcemy im dorównać pod względem standardów mieszkaniowych, przede wszystkim powierzchni mieszkalnej na osobę. Dlatego trzeba budować, budować, budować... 

To jest demagogia, bo nie chodzi o to, żeby nie budować, tylko o to, gdzie powinniśmy budować. W każdym polskim mieście istnieją ogromne rezerwy terenów – opuszczonych, zdewastowanych, zdegradowanych, zrujnowanych terenów po fabrykach, magazynach... Wszystko to, co na przykład w Poznaniu zbudowano na peryferiach, zmieściłoby się bez problemu na tych terenach, tak olbrzymie one są, choćby wokół torów kolejowych przy dworcu, na przykład w samym centrum. Dotyczy to wszystkich miast polskich, Warszawy, Wrocławia i innych.  

Jak Pan mówił, szczególne znaczenie w miastach ma transport zrównoważony. Jak pod tym względem wygląda sytuacja u nas?

Zdumiewające jest to, że kiedy w całej Europie wszyscy myślą i dyskutują o tym, jak rozwijać i usprawniać komunikację publiczną, w Polsce tematem numer jeden są tylko autostrady, także autostrady lokalne, miejskie, i programy poszerzania ulic dla ruchu samochodowego. Czyli jest to dyskusja o rozwiązaniach komunikacyjnych, które były aktualne w Europie w latach 50 i 60. Zupełnie tak, jakby się intencjonalnie chciało powielić, powtórzyć po kolei wszystkie te błędy w polityce rozwoju transportu i komunikacji, które tam popełniono. Nie jest przecież tak, że skoro oni już mają te wszystkie autostrady, to teraz mogą sobie komfortowo szukać alternatyw. Muszą szukać alternatyw bo nabudowali autostrad i mają z nimi coraz większe problemy

No właśnie, my wiemy, że jesteśmy biedni i nas nie stać na eksperymentowanie z drogami.

Przede wszystkim Polski nie stać na bardzo drogą sieć powszechnych autostrad, które do tego wcale nie są w naszym kraju potrzebne, poza być może pewnym podstawowym, szkieletowym ich układem. Natomiast to, czego Polska naprawdę potrzebuje, to odnowa i rozwój sieci kolejowej. A Europa, owszem, autostrady już ma, ale głowi się jak rozwiązać problem kompletnego ich przeładowania, jak przenieść w jakościowo nowej skali przejazdy ludzi i przewóz towarów z autostrad na kolej, a w miastach do komunikacji publicznej. Tak więc autostrady tam są, ale jako podstawa systemu komunikacyjno-transportowego stanowią wielki problem. Chodzi o zagrożenia ekologiczne generowane przez ten system, ale także jego uciążliwość dla samych użytkowników biorącą się na przykład stąd, że po tych autostradach jeżdżą masy samochodów ciężarowych. Współczesne problemy komunikacyjne i transportowe trzeba rozwiązywać współczesnymi metodami, czyli ekologicznymi, a nie tymi z lat 50. i 60. 

Jednak ludzie w Polsce chcą jeździć samochodami, bo się bogacą, bo tak jest wygodnie i szybko, można dojechać gdzie się chce, a poza tym to powód do satysfakcji, że stać człowieka na samochód. Tak argumentują politycy miejscy, którzy właśnie gotowi są wkładać wielkie pieniądze publiczne w autostrady miejskie.

Równie dobrze można to odwrócić: ludzie jeżdżą samochodami, bo nie mają alternatywy. Zwykle nie ma w polskich miastach sytuacji jakościowo komplementarnego wyboru: metro, tramwaj, kolej miejska, rower albo jazda samochodem. Politycy miejscy manipulują opinią, często populistycznie, bo po prostu nie chcą albo nie potrafią uprawiać europejskiej, ekologicznej polityki zrównoważonego rozwoju, której po prostu nie rozumieją. Polityka to nie tylko uleganie opiniom pospolitym, ale także stawianie czoła wyzwaniom przyszłości. Wielkie programy miejskich inwestycji drogowych na rzecz usprawnienia ruchu samochodowego po hasłem eliminacji korków to, niestety, bardzo kosztowna iluzja, bo nigdzie na świecie one nie doprowadziły do oczekiwanych rezultatów. Nie sposób wyeliminować korków tworząc za ogromne pieniądze sytuacje zachęcające do korzystania z samochodu!!

Wszystko o czym tu mówimy w odniesieniu do miast w Europie pokazuje, że współcześnie zarządzanie ich rozwojem, zgodnie z ograniczającymi pole działania zasadami zrównoważonego rozwoju, stanowi zadanie skomplikowane...

W całej Europie zachodniej zawirowania społeczne z jednej strony, a z drugiej przemiany ekonomiczne i ekologiczne spowodowały, że aby radzić sobie z wynikającymi z nich wyzwaniami, polityka rozwoju miast musi być prowadzona całościowo. W konsekwencji w miastach europejskich od szeregu lat realizuje się zintegrowane planowanie rozwoju, które łączy ze sobą ekologicznie zorientowane planowanie przestrzenne z planowaniem społeczno-ekonomicznym i z planowaniem finansowym, zwłaszcza środków publicznych i środków wspierających, tworząc z tego jedną, spójną całość. Jej najistotniejszym elementem jest dążenie do optymalnej odpowiedzi na zgłaszane zapotrzebowania społeczne, które są punktem wyjścia i polityki przestrzennej i planowania społeczno-ekonomicznego. To znaczy, że zapotrzebowania społeczne wyznaczają pole działania inwestorów z biznesu, których zamiary są filtrowane pod kątem tego, jak dalece będą służyć zaspokojeniu potrzeb społeczności. Gmina to właśnie ma na uwadze analizując zamiary inwestycyjne i dokonuje wyboru, m.in. w planach przestrzennych. 

To oczywiście jest czymś przeciwstawnym polskiej praktyce, gdzie inwestorzy są traktowani jak nietykalni mężowie opatrznościowi, dobroczyńcy lokalnych społeczności, którzy mają po prostu budować gdzie i jak potrzebują, byle dużo i szybko, bo miasto jest właśnie po to, żeby w nim jak najwięcej terenów zabudowano. W efekcie jednak to, co powstaje, jest korzystne wyłącznie dla inwestorów i ich interesów, a nie lokalnych społeczności i ich potrzeb.

Prowadzona w Polsce polityka przestrzenna i kompletnie zdezintegrowana polityka rozwoju miast, która w interesie ekonomicznym małych, ale bardzo wpływowych grup biznesowych została rzucona pod dyktando rynku, kompletnie nie przystaje do żadnej polityki europejskiej: dyrektyw, polityki spójności i europejskich systemów wartości. To są dwa zupełnie nieprzystawalne światy wartości i regulacji prawnych. Oznacza to kompletną kompromitację polskiej gospodarki przestrzennej i polityki rozwoju miast. Na ten temat istnieje już spora polska literatura, a pod hasłem "chaos przestrzenny" wyskakuje szereg stron w polskim Internecie. Ostatnio głos na ten temat zabierali prof. prof. Andrzej Jędraszko i Hubert Izdebski. Tylko politycy kompletnie ignorują te głosy. 

Rewitalizacja miast nieodłącznie kojarzy się z rozwojem zrównoważonym. Ale nie tylko ulica, także media i niestety w dużym stopniu także politycy miejscy sprowadzają ją do kapitalnych remontów kamienic. 

W Polsce problem odnowy miast jest wielopoziomowy i bardziej skomplikowany niż na Zachodzie, gdzie też zresztą przebiegał on w kilku etapach. Pierwszy to była odnowa substancji tych dzielnic, które na skutek wylewania się miasta na zewnątrz, zostały opuszczone, a w każdym razie nie stanowiły przedmiotu zainteresowania inwestorów. Bowiem w latach 50. i 60. miasta budowały wielkim wysiłkiem ogromne infrastruktury poza centrum, na peryferiach, gdzie powstawały wielkie osiedla mieszkaniowe. Następny etap, o wiele bardziej skomplikowany i trudny, to odnowa społeczna, konieczna ze względu na te wszystkie zawirowania na rynku pracy wynikające głównie z globalizacji. 

W Polsce to wszystko się nawarstwia. Nie jest rozwiązany problem odnowy substancji mieszkaniowej starych zasobów, a już się pojawiły ogromne problemy społeczne. One w istocie obejmują obszar całych miast. Następuje jakby ich rozpad. Są małe obszary "czekoladowe", zgentryfikowane, i duże obszary, na których ludność żyje w o wiele gorszych warunkach. W związku z tym rewitalizacja miast to zadaniem o wiele większym i bardziej kompleksowym niż na Zachodzie. Jak się z tym czegoś nie będzie robić, to polskim miastom grozi katastrofa, już zresztą postępująca. Polskie miasta już utraciły szansę na potencjalną konkurencyjność w Europie, ponieważ nie są one atrakcyjne dla nowoczesnej gospodarki opartej na wiedzy, dla imigracji wysokokwalifikowanych pracowników. Stają się, zwłaszcza w centrach, zdegradowanymi slumsami z nielicznymi fragmentami bogactwa w osiedlach "czekoladowych". 

Zamknięte osiedla w polskich miastach, w Warszawie kilkaset. A w Berlinie jedno...

To w Berlinie nazywa się Unicum, zbudował je jakiś amerykański inwestor i chyba niedługo będzie można je zwiedzać, bo skoro jest tylko jedno, to wstyd jaki przynosi jest jakby mniejszy... Choć to ogólne pośmiewisko na całe Niemcy, z drugiej strony w każdej, nawet najlepszej rodzinie znajdzie się zawsze jakaś czarna owca. Zamknięte osiedle wyraża zupełnie nieeuropejskie rozumienie miasta. Miasto to jest wspólnota, community, a nie luźny archipelag, na który składa się ileś tam zamkniętych, odizolowanych, niedostępnych "wysp" albo warowni, w których siedzący w środku boją się tych, którzy są na zewnątrz. I właściwie nie bardzo wiadomo, kto kogo wykluczył z miasta. Niedawno widziałem zdjęcie takiego zamkniętego osiedla, gdzie na bramie, ale od wewnątrz, wisiała tablica: Nie wychodzić, teren zakazany. 

Jak Pan widzi politykę polskich rządów wobec polskich miast?

Żaden rząd od 20 lat nie przejawiał żadnego zainteresowania problemami miast i ich rozwojem. Miasta zostały przez rządy i władze państwowe porzucone i oddane mechanizmom rynkowym, które funkcjonując w polskim wydaniu, te miasta niszczą. A przepisy prawa, zwłaszcza z zakresu gospodarki przestrzennej, zostały do takiego stopnia zdegradowane, że gminy de facto nie mają żadnych narzędzi, aby móc skutecznie prowadzić jakąkolwiek politykę miejską. Niewiele mogą zrobić. W Polsce obowiązuje taki standard, że prawo własności jest nadrzędne nad regulacjami wynikającymi z polityki przestrzennej. Więc to jest takie trochę wyobrażenie, jakbyśmy żyli na pustej amerykańskiej prerii, w owym "big country", gdzie każdy może na swoim robić co chce, jakby nie było wokół nikogo, komu to może przeszkadzać. Ma więc prawo budować sobie niemal co zechce. Regulacji pozwalających skutecznie zarządzać zrównoważonym rozwojem miast w Polsce nie ma. Nawet gdyby gmina chciała prowadzić zrównoważoną politykę, to nie bardzo ma jak wymusić jej realizację. To – w Europie unikalna - sytuacja prowadząca do skutków katastrofalnych. Tego nikt w Europie nie rozumie. I moi niemieccy studenci kiedy szukają materiałów na temat degradacji miast, suburbanizacji, chaosu przestrzennego itd., to najwięcej znajdują ich w Polsce. 

Skutki?

Polityka miejska jest jedną z najważniejszych polityk rozwoju w europejskiej polityce. Żadne państwo, które nie chce dziś być zmarginalizowane albo peryferyjne, nie może rezygnować z polityki miejskiej, świadomego i skutecznego zarządzania rozwojem miast. W stylu europejskim – miastem ekologicznym, krótkich dróg, przyjaznym dla klimatu, sprawiedliwości społecznej i równych szans. Bez polityki miejskiej nie jest obecnie możliwa żadna sensowna polityka rozwoju cywilizacyjnego kraju, bo miasta stanowią dziś podstawowy czynnik rozwoju, ich kryzys to kryzys całego kraju.

Co jest przyczyną złej sytuacji w Polsce?

W Polsce sfery nominalnie publiczne i państwowe, szalenie ważne dla rozwoju cywilizacyjnego, niby skomercjalizowane i podlegające działaniu rynku, nie znajdują się pod żadną społeczną kontrolą. Panuje przekonanie, że jedynym źródłem rozwoju jest swobodny dziki koń wolnego rynku, bez uzdy i siodła, co jest naiwne, bo on leci ślepo tam, gdzie dostanie żarcie, a po drodze stratuje wszystko, co mu będzie przeszkodą. Z powodu takiej szczególnej, naszej wersji kapitalizmu, w obrębie którego silne grupy interesów mogą korzystnie dla siebie zabezpieczyć swoje interesy, w efekcie następuje daleko idąca, na tle standardów europejskich, degradacja państwa. Uchylanie i likwidacja państwa poszła już u nas niezwykle daleko, Bierze się to po części także z wyobrażeń o rynku jak z filmów o teksańskich nafciarzach i z polskiej pracy na czarno oraz handlu za granicą. 

Z drugiej strony jest bardzo słaba tradycja mocnego państwa, z wzajemnością obdarzanego nieufnością. Obie strony, społeczeństwo i władza nawzajem sobą gardzą, nie ma więzi między obywatelami a ich państwem. Tradycyjnie brak przekonania o tym, że państwo i jego instytucje są ważne. I wszyscy kombinują, jak wyjść na swoje, ograć drugą stronę. To wszystko razem nie pasuje do tradycji europejskiej, są to postawy w istocie antyeuropejskie, niosące ogromne zagrożenie wielką peryferyzacją Polski w Europie, jako kraju coraz mniej ważnego. Polska była, oprócz końca XV wieku, zawsze na peryferiach Europy, od której dużo brała, a sama mało co miała do zaoferowania. Obecnie ten stan rzeczy się pogłębia. 

Ktoś gdzieś usłyszał o ekonomizacji sektora publicznego i doprowadził ją do absurdu. Sektor publiczny jest jakby przeciwstawieniem obszaru rynkowego, który ma stymulować, kontrolować, ukierunkowywać... korzystać z niego dla dobra publicznego. Tymczasem w Polsce nikt nie rozumie ani państwa ani władzy publicznej. Także więc i stąd daleko posunięta jej likwidacja. Nikt nie rozumie zadań państwa i jego powinności, co z kolei u prowincjonalnych polityków miejskich przekłada się na takie wyobrażenia o instytucjach publicznych, że myślą oni tylko, jak tu najskuteczniej zamienić miasto w sklep, po prostu. I z całą naiwnością robią to wręcz dosłownie. Byłoby to śmieszne, gdyby nie było tak tragiczne. 

Rozmawiał i opracował Lech Mergler
Poznań, wrzesień 2009 r.

 

Źródło: Kwartalnik NOWATOR: Innowacje-Przyszłość, Nr 3 jesień 2009, 22.10.2022 (link)

Komentarze (0)

Zapisz się do kanału RRS tego komentarza

Pokaż/Ukryj Komentarze

Napisz komentarz

pomniejsz | powiększ obszar

Poprawiony: wtorek, 17 sierpnia 2010 15:11