Miasto (XX wieku) umarło - niech żyje miasto!
Maciej Machajski   
wtorek, 16 marca 2010
W Detroit domy kosztują nawet i jednego dolara
Obecny kryzys finansowo-miejski jest najlepszym dowodem na to, iż amerykański model urbanizacji, podobnie jak niegdyś pomysły Le Corbusiera, wyczerpał się. W Stanach Zjednoczonych, w wyniku fali forklozji, miliony ludzi tracą dach nad głową, a ceny nieruchomości spadają na łeb na szyję. Słynny architekt Rem Koolhas ogłosił niedawno, iż miasto XX w. umarło. Otwiera się zatem debata nad tym jak wyglądać powinno miasto przyszłości. Prezentujemy dwa artykuły z Gazety Wyborczej, w których opisana jest (na podstawie prasy zagranicznej)  agonia amerykańskich miast (na przykładzie Detroit) oraz nowe pomysły na zorganizowanie miast które powstają w tzw. krajach rozwijających się.

 

Jak rozwiał się amerykański sen  

 

Wszyscy mniej więcej wiemy, jak to jest, gdy miasto się rozrasta. Połyka kolejne przedmieścia. Zarasta domami okoliczne pola. Nowe dzielnice się oddalają, a korki na drogach - wydłużają. Większość miast rośnie, ale nie wszystkie.  A co się dzieje, gdy miasto zaczyna się kurczyć?

 

Czy to tak, jakby puścić film od tyłu? Nie. Logika tego procesu nie jest odwróceniem kierunku od centrum ku peryferiom. W tkance miejskiej powstają czarne ziejące dziury, które nie są ani miastem, ani wsią. W dawniej kipiącym życiem śródmieściu pojawiają się kwartały niszczejących, zabitych deskami domów, wśród których hula wiatr. Tak właśnie zanika Detroit. W latach 50. miało dwa miliony mieszkańców, dziś niecały milion. Z lotniska do ruin śródmieścia wiedzie pusta autostrada obok opuszczonych zakładów motoryzacyjnych. Tak wielkich, że nie ma pieniędzy na ich zburzenie. Gości na tej dziwnej planecie wita przy drodze gigantyczna opona. Wokół faluje zielone morze chwastów i traw. Rośliny litościwe porastają szkielety setek spalonych domów. Zarysów niektórych ulic można się domyślić już tylko po przebiegu słupów telefonicznych nad łąkami.  

 

W centrum miasta na górnych piętrach opuszczonych wieżowców powyrastały drzewa. Dawniej czwarte pod względem wielkości miasto USA ulega dewastacji i dematerializacji. Natura upomniała się już o 103 km kw. aglomeracji z dawnych 360 km kw. Co piąty dom stoi pusty. W ciągu ostatnich trzech lat ceny nieruchomości spadły o 80 proc. Na Albany Street wciąż na sprzedaż jest dom z trzema sypialniami za jednego dolara.  

 

Stopa bezrobocia? 30 proc. Aż 33,8 proc. mieszkańców miasta i prawie połowa dzieci żyje poniżej granicy ubóstwa. 47 proc. dorosłych to funkcjonalni analfabeci. Tylko w 2009 roku zamknięto tu 29 szkół.  

 

Skąd ta apokalipsa? Z zadufania i wiary, że im coś większe, tym lepsze. Amerykański przemysł motoryzacyjny myślał, że będzie wieczny, a miasto nie miało nic poza nim. Setki tysięcy czarnych napłynęło tu do pracy z amerykańskiego Południa, by żyć w bodaj najbardziej rasistowskim mieście USA. Dziś stanowią 81,6 proc. mieszkańców Detroit. W żadnym innym mieście amerykańska armia nie musiała interweniować w czasie zamieszek ulicznych, tak jak to miało miejsce tutaj w 1943 i 1967 roku. Biali uciekali stąd falami w latach 50., 60. i 70.  

 

Czy coś jeszcze można zrobić? Reszta Stanów Zjednoczonych raczej wyparła los Detroit ze świadomości, ale burmistrz miasta Dave Bing nie traci nadziei. Chce opracować plan ratowania żywych kawałków miasta i przesiedlić do nich mieszkańców, a "czarne dziury" wyburzyć do końca i zazielenić. Nie wiadomo, ile to będzie kosztowało i skąd wziąć pieniądze, ale jeśli miasto nie skurczy się w sposób planowy, nie będzie szans na utrzymanie jakichkolwiek usług komunalnych, komunikacji, o rządach prawa nie wspominając.  

 

Nie tracą też nadziei artyści, którzy zaczęli napływać do Detroit przyciągani szansą na urządzenie pustych miejskich przestrzeni na nowo i wzięcia spraw we własne ręce w pierwszym postindustrialnym mieście Stanów Zjednoczonych. 

 

Agnieszka Mitraszewska (Na podst. Guardian, Detroit News, The Atlantic, Daily Telegraph), Źródło: Gazeta Wyborcza (link). 

 


 

 

Metropolie nowej ery

 

Handlowo-usługowe centrum, wokół dzielnice biznesowe, osiedla mieszkaniowe i przemysłowe, wreszcie willowe przedmieścia - miasto XX wieku przestało pasować do wymogów nowej epoki. Przeludnione, zbyt gęsto zabudowane w środku i zbyt szeroko rozlane na obrzeżach, zawładnięte przez samochody nieekologiczne miasta z ubiegłego milenium nie są już wzorem dla nowo budowanych osad. Rem Koolhaas mówi wprost: "XX-wieczne miasto nie ma nam już nic do zaoferowania", a architekci prześcigają się w propozycjach miast samowystarczalnych energetycznie, pozbawionych spalin, przyjaznych ludziom i jednocześnie ultranowoczesnych.

 

Dla kreatywnych umysłów

 

Jeszcze sto lat temu w aglomeracjach żyło zaledwie 200 mln osób, dziś są to już 3 mld, blisko połowa wszystkich ludzi na świecie. Za 20 lat liczba ta ma sięgnąć 5 mld. Jednocześnie Fundusz Ludnościowy Narodów Zjednoczonych (UNFPA) prognozuje, że aż 90 proc. przyrostu ludności miejskiej w najbliższych latach przypadnie na kraje Azji i Afryki.

 

Azjaci zdają sobie z tego sprawę - i to właśnie na tym kontynencie najwięcej się dziś eksperymentuje z nowymi miastami. W ciągu ostatnich 15 lat w Chinach zabudowano 10 tys. km2 (teren wielkości Libanu lub Cypru); przewiduje się, że przez kolejne dwie dekady powstanie tu od 200 do 400 nowych miast.

 

200 ha ma zająć nowa dzielnica projektowana przez Zahę Hadid na peryferiach Singapuru. W One-North ma mieszkać 140 tys. ludzi. Poza funkcjami mieszkaniowymi, biurowymi, handlowymi wydzielono tereny na państwowe i prywatne kompleksy naukowo-badawcze: w Biopolis będą się rozwijały nauki biomedyczne, w Fusionopolis - technologie komputerowe i informacyjne. Celem inwestora - firmy deweloperskiej JTC Corporation - było stworzenie miejsca dla "kreatywnych umysłów", naukowców, inżynierów, badaczy. Hadid podkreśla, że projektowanie miasta "od zera" pozwoliło jej zaprowadzić w One-North ład i logikę, których nie ma w miastach XX-wiecznych. Pierwsze budynki "miasta naukowców" oddano do użytku pod koniec ubiegłego roku.

 

Korea na zielono

 

35 km na południe od Seulu awangardowa holenderska pracownia MVRDV buduje Gwanggyo Power Centre, które ma być gotowe już w 2011 roku. To kompleks obrośniętych zielenią piramid, w których rozmieszczono biura, mieszkania, kina, sklepy, szkoły, szpitale, parkingi. Dzięki zwartej konstrukcji na 64 ha pomieści się 77 tys. mieszkańców, a tarasowy układ budynków zapewni wszystkim dostęp światła i powietrza. Samowystarczalne energetycznie miasto na rolniczych terenach obok koreańskiego portu Incheon projektuje Norman Foster. Za dziesięć lat ma tu zamieszkać 320 tys. ludzi, których przyciągnie specjalna strefa ekonomiczna. Budowane tu liczne turbiny wiatrowe, panele słoneczne, spalarnie biomasy - to tylko punkt wyjścia do badań nad nowymi technikami pozyskiwania energii. Architekci nie ignorują rolniczego charakteru okolicy - zabudowa zostanie dostosowana do istniejącej sieci dróg i rowów melioracyjnych, żadna budowla nie będzie wyższa niż 50 m, a pola uprawne zostaną przeniesione na... dachy budynków. Także w pobliżu portu Incheon, 65 km od Seulu, na sztucznej wyspie o powierzchni 6 km2 powstaje Songdo, miasto biznesu. 12-km most i nowoczesne autostrady połączą je z lądem, a poza licznymi (i dość banalnymi) drapaczami chmur znajdą się tu m.in. 40-ha park, międzynarodowa uczelnia, studia filmowe i telewizyjne, teatr na 650 miejsc oraz Ecotarium - interaktywne muzeum nauki. Songdo ma być nie tylko ekologiczne - mieszkańcy mają stworzyć "cyfrową społeczność". Komputery w każdym domu, biurze, na ulicach i w parkach pozwolą łatwo się kontaktować, szybko załatwiać sprawy urzędowe, wygodnie robić zakupy.

 

Architekci z międzynarodowej pracowni Kohn Pedersen Fox chcą wykorzystać wyjątkową okazję budowy miasta od podstaw i wyeliminować wszystkie problemy, które dotykają mieszkańców azjatyckich aglomeracji. Nie będzie spalin, bo większość komunikacji ma się w Songdo odbywać poprzez transport publiczny - metro i wodne tramwaje; wiele ulic i wszystkie parkingi znajdą się pod ziemią, tak by na powierzchni odbywał się tylko ruch pieszy i rowerowy. Ma też być dużo otwartej przestrzeni i zieleni, której brak w zatłoczonych miastach Dalekiego Wschodu.

 

Choć brzmi to wszystko jak opis raju na ziemi, na razie sprzedaż mieszkań i wynajem biur w Songdo nie idą najlepiej, mimo że miasto ma być oficjalnie otwarte już w 2015 roku. Inwestorzy winę zrzucają na kryzys.

 

Na planie kwadratu

 

Miastem przyszłości ma być Masdar City budowane w Zjednoczonych Emiratach Arabskich przez pracownię Normana Fostera. Miasto - którego budowa ma się zakończyć za cztery lata i kosztować 22 mld dol. - nie będzie produkować dwutlenku węgla, żadnych odpadów czy ścieków (wszystko ma być zużywane powtórnie); do budowy będą wykorzystane wyłącznie lokalne materiały. W tym 50-tys. mieście nie przewiduje się obecności samochodów (nikt nie może mieć do przystanku komunikacji publicznej dalej niż 200 m). Wąskie ulice i liczne zadaszenia mają dawać cień - a więc ograniczać używanie klimatyzacji. Formą Masdar City nawiązuje do rozwiązań średniowiecznych: będzie miało kształt kwadratu, zostanie otoczone murem, z niską zabudową i regularną siatką ulic krzyżujących się pod kątem prostym. Sceptycy uważają, że projekt skończy się klęską podobną do upadku Dubaju. Obrońcy twierdzą, że Dubaj był wytworem pychy, Masdar zaś ma się stać przykładem troski o środowisko i o ludzi.

 

Porażką okazało się chińskie miasto Ordos zbudowane na pustynnym płaskowyżu tuż przy granicy z Mongolią. Przewidziane dla miliona mieszkańców, zbudowane w zaledwie pięć lat (2001-06), dziś świeci pustkami - mimo że dojechać tam można najszybszym pociągiem świata (395 km/godz.), a wiele gmachów zaprojektowali sławni architekci. Co ciekawe - większość mieszkań została sprzedana; kupili je bogaci biznesmeni jako lokatę kapitału. Dlatego w kompletnie martwym Ordos notuje się najwyższy w Chinach dochód na jednego mieszkańca (a raczej właściciela mieszkania).

 

Afryka na żywioł

 

Większość krajów Afryki jest zbyt biedna, by budować miasta przyszłości - puszczona na żywioł urbanizacja prowadzi więc do bezprecedensowego rozrostu slumsów. Są jednak wyjątki.

 

La Cité du Fleuve - tak ma się nazywać nowe miasto, które powstaje na dwóch wyspach na rzece Kongo niedaleko Kinszasy; w czerwcu 2009 r. rozpoczęto prace przy jego budowie. Wokół okrągłego placu promieniście będą się rozchodzić osiedla przeznaczone na cele mieszkaniowe, biurowe, handlowe i naukowe - jak w każdym nowym mieście na świecie i tu powstanie uczelnia wyższa. W La Cité du Fleuve będzie można zamieszkać w luksusowej willi lub w kameralnym apartamentowcu - projekt nie przewiduje wysokiej zabudowy. Miasto ma być bezpieczne - 24-godzinna ochrona będzie tu normą. Lagos w Nigerii, drugie w Afryce i siódme na świecie miasto, jeśli chodzi o tempo rozwoju, także myśli o rozbudowie. Co roku Atlantyk "odbiera" fragment tego regionu, zalewając przybrzeżne tereny. Teraz władze tej ośmiomilionowej metropolii (cały okręg Lagos liczy już 18 mln mieszkańców) chcą wzdłuż wybrzeża zbudować mur długi na 7 km, który powstrzyma zalew. Na odzyskanym obszarze ma powstać Eko Atlantic City - "afrykański Dubaj" stworzony za pieniądze prywatnych inwestorów eksploatujących bogate złoża ropy. Jak podkreśla inicjator projektu, gubernator okręgu Lagos Babatunde Fashola, do konsultacji technicznych zaproszono inżynierów z Holandii, która ma doświadczenie w powstrzymywaniu naporu morza.

 

Co z resztą świata?

 

Duńska pracownia Bjarke Ingels Group (BIG) na wyspie Zira u wybrzeży Baku buduje miasto, które ma zwrócić oczy świata na Azerbejdżan. Górzysty krajobraz i położenie w zatoce Morza Kaspijskiego umożliwiają wykorzystanie wszystkich naturalnych źródeł energii: wiatru, wody i słońca. Miasto ma być - podobnie jak Masdar - neutralne dla środowiska. Architekci zaprojektowali je jako siedem "gór" kształtem nawiązujących do szczytów Azerbejdżanu. Na wyspie Zira każda "góra" jest osiedlem mieszczącym sklepy, usługi, biura, miejsca rozrywki; wszystkie schodzą w stronę morza rozległymi tarasami.

 

W hiszpańskiej prowincji Rioja ma stanąć miasteczko z 3 tys. domów; pracownie MVRDV i hiszpańska Gras zapewniają, że turbiny wiatrowe i panele słoneczne w całości pokryją zapotrzebowanie mieszkańców na energię. Władze szwedzkiego Göteborga liczą, że w 2020 r. miasto powiększy się o jedną trzecią - w nowej dzielnicy nad rzeką połączone zostaną tradycje budowlane Szwecji i najnowocześniejsza technologia pozyskiwania energii odnawialnej. Niewiele jest tak wizjonerskich projektów jak propozycja portugalskiej pracowni ONOFFICE. Miesiąc temu architekci przedstawili pomysł, jak uczynić atrakcję turystyczną z tego, że Norwegia ma najlepsze na świecie warunki do wykorzystywania energii wiatrowej. Zaproponowali budowę osiedla złożonego wyłącznie z turbin wiatrowych. Ogromne wiatraki w środku miałyby mieścić hotele, restauracje, gabinety spa, a nawet muzeum, nie przestając pełnić swojej funkcji elektrowni wiatrowej. Co ważne - wszystkie miałyby stać w morzu. Pomysł spotkał się z entuzjastycznym przyjęciem. Budowanie miast od zera w zaledwie kilka lat ma przeciwników, którzy twierdzą, że nie jest miastem twór bez historii i bez zabytków. Jednak masowo uciekająca ze wsi ludność nie ma czasu czekać - dlatego na naszych oczach rodzi się urbanistyka XXI wieku.

 

Anna Cymer

 

Źródło: Gazeta Wyborcza (link)

   



 

Polecamy również:

 

David Harvey: "Za katastrofę obwinia się ofiary," (link)

Maciej Machajski: "Pustostany: co dalej?" (link)

Andreas Billert:"Bezdroża aspołecznego kapitalizmu publicznego" (link)

 

Komentarze (0)

Zapisz się do kanału RRS tego komentarza

Pokaż/Ukryj Komentarze

Napisz komentarz

pomniejsz | powiększ obszar

Poprawiony: środa, 24 marca 2010 16:55