Sondaż niedeliberatywny
Marek Nowak   
środa, 22 czerwca 2011


Wraca debata o budżecie Poznania i udziale mieszkańców w jego tworzeniu. Wczoraj, we wtorek, 21 czewrca, odbyła się w liceum M.Magdaleny sesja sondażu deliberatywnego natemat cięć w budżecie, który wg władz miasta wyczerpuje zapotrzebowanie na partycypację mieszkańców w tym zakresie. Zdecydowanie nie podzielamy tego zdania. Poniżej głos socjologa, kolejny krytyczny głos specjalisty (red.)




Obserwując, jak rozbrzmiewa dyskusja na temat sondażu deliberatywnego warto sięgnąć nieco głębiej w formuły upodmiotowiania obywateli. W istocie chodzi tutaj nie tyle o gest, czy rękę wyciągniętą przez demokratycznie wybrane władze w kierunku mieszkańców (czy też jakąś „nową” procedurę uzgadniania), co o coś znacznie bardziej istotnego.

Reżim demokratyczny, co zauważył jeszcze przed I wojną światową Robert Michels, wykazuje tendencje do oligarchizacji i alienacji, który odrywają wyłaniający się ład od tego, czego oczekują obywatele i generalnie od form spontanicznej samoorganizacji. Nie jest to zjawisko oni nowe ani zaskakujące.

Zaskakujące również nie jest, że w mniej lub bardziej sytych społeczeństwach spada poziom zaangażowania obywatelskiego, normalne warunki nie sprzyjają bowiem mobilizacji i skłaniają raczej do składania „brzemienia władzy” w ręce „specjalistów”, oddzielania tego, co publiczne, od tego, co prywatne, koncentracji na życiu prywatnym etc.

Wychodząc od podobnych konstatacji James S. Fishkin opracował swoją formułę „sondażu deliberatywnego” wierząc, że ta forma zbierania opinii, czerpiąca wyraźnie z metodologii badań sondażowych, pozwoli przybliżyć demokratycznie wybrane władze do obywateli, a decyzje podejmowane w oparciu o dane z sondażu w mniejszym stopniu narażone będą na brak akceptacji i wskazane już oderwanie od punktu widzenia obywateli. Projekt Fishkina nie był zatem w żaden sposób radykalny i nie zmieniał istoty reprezentacji we współczesnym modelu władzy. Dawał narzędzia, które pozwalały podejmować decyzje, w żaden sposób nie służyły jednak wyznaczaniu kierunków i określania celów, bo od tego rodzaju kwestii są inne formy konsultacji. Fishkin nie pytał zatem, czego obywatele oczekują od polityków, jaki model władzy preferują, ale zadawał konkretne pytania dotyczące bardziej szczegółowych treści, które obudowane kompetencją wyselekcjonowanych ekspertów, miały uzyskać polor racjonalności. Zorientowanie na „zleceniodawcę” stało się podstawą krytyki tej formuły „quasi-partycypacji”, a z drugiej strony podstawą niebywałej atrakcyjności sondaży deliberatywnych dla władz, szybko się bowiem okazało, że w istocie niewiele one zmieniają, a uzyskane rezultaty, podlegają manipulacji i nie muszą być w żaden sposób wiążące – poza oczywiście efektem miejscowego pobudzenia dyskusji na jakiś temat. Sondaż nie spełnił zatem, moim zdaniem, pokładanych w nim oczekiwań, w każdym razie tych związanych z poprawą poziomu podmiotowości obywatelskiej.

Przypadek sondażu zrealizowanego w Poznaniu jest tutaj modelowy, ponieważ uzyskane wyniki mieściły się w zakresie niezwykle konwencjonalnych rozwiązań (w istocie można było przewidzieć, co obywatele wybiorą, na podstawie tego, co im zaproponowano), a co ważniejsze, nic z nich praktycznego nie wynikło, a już na pewno ów wynik nie nabrał formy zobowiązania (że to, co ustalono, zostanie zrealizowane). A to wydaje się kluczowe dla formuły realnej partycypacji.

Kluczowa dla efektywności podobnych narzędzi społecznych, moim zdaniem, jest kwestia legitymacji władzy. Im ona ma bardziej realny charakter, tym sensowniej można realizować formuły partycypacji. W przypadku polskich miast, przy relatywnie niskim udziale w wyborach i zaangażowaniu w dyskurs publiczny, poziom tej legitymacji nie jest wysoki, co pogłębia jeszcze traktowanie form konsultacji jako opinii bez zobowiązań. Mówiąc wprost, nikt nie oczekiwał, że głos uczestników „eksperymentu deliberatywnego” potraktowany zostanie poważnie i nikt się specjalnie na poczynaniach prezydenta (a właściwie ich braku) nie zawiódł.

Wydaje się, że bardzo podobny charakter mają konsultacje dotyczące budżetu realizowane w Poznaniu. Można o tym wnioskować na podstawie informacji o charakterze procedury, formułowanych wobec obywateli pytań i oczekiwanych odpowiedzi. Na tej podstawie i na podstawie owoców wcześniejszego „projektu” trudno się dziwić braku euforii ze strony środowisk obywatelskich. Można zresztą odnieść wrażenie, że w istocie ów zamysł nie jest ani skierowany do partnerów społecznych (chodzi o organizacje obywatelskie), nie jest również działaniem w dobrej wierze, bo ta wymaga uwiarygodnienia uczestników deliberacji np. poprzez zobowiązanie, że wyniki będą wiążące. Nie jest również wiarygodny z bardzo podstawowego powodu: wymagałoby zmiany filozofii władzy, która musiałaby zrobić nieco miejsca obywatelom, traktując demokrację jako coś więcej niż tylko procedurę wyłaniania władzy w mieście.

Czego zatem należy oczekiwać, by deliberacja była realna i satysfakcjonująca?
– Po pierwsze, realnych rezultatów konsultacji w postacie faktów i zobowiązania do realizacji powziętych ustaleń. To żądanie faktów jest zupełnie podstawowe;
– Po drugie, dostępu do pełnej informacji, co dałoby podstawy wiarygodności partnerów i dawałoby narzędzia do w pełni świadomego podejmowania decyzji;
– Po trzecie wreszcie, proceduralizacji (instytucjonalizacji), czyli powołania do życia struktur pośredniczących gwarantujących udział w dyskusji na temat realnych kwestii wszystkim zainteresowanym;
– Po czwarte, reprezentatywności najważniejszych interesów. Czyli, że głos mających odmienne opinie będzie słyszalny.

Założenia tego rodzaju partycypacji można oczywiście znaleźć w formule budżetu partycypacyjnego wdrażanego w latach 90. w Brazylii (proszę ich nie mylić z koncepcją „sondażu deliberatywnego”). W istocie jednak formuła tego rodzaju działania musiałaby być wymyślona na nowo, dla konkretnych warunków i konkretnych relacji władzy.









Dr Marek Nowak
, socjolog, adiunt w Istytucie Socjologii UAM


Komentarze (1)

Zapisz się do kanału RRS tego komentarza

Pokaż/Ukryj Komentarze
O to właśnie idzie!
Świetny tekst, bardzo dobrze tłumaczy różnicę między partycypacją a manipulacją gRobala, czyli robieniem ludziom wody z mózgu. W dodatku pozbawiony wad wielu publikacji - w zgodzie z wymogami naukowości, a się czyta.
Czarny-szczur , 21 lipiec 2011

Napisz komentarz

pomniejsz | powiększ obszar

Poprawiony: środa, 22 czerwca 2011 12:59