Fiskalizm Miasta Poznania, czyli ceny biletów komunikacji miejskiej
Edgar Drozdowski   
poniedziałek, 28 maja 2012

Poznań jest w I lidze, jeśli chodzi o wysokość obciążeń lokalnymi podatkami w Polsce. Niestety, chęć zajęcia pierwszych miejsc w rankingach, nawet niechlubnych,  wykracza poza podatki lokalne. Prezydent R.Grobelny, popierany przez PO oraz własny klub w radzie miasta, podwyższa od 1.06 br. ceny biletów komunikacji miejskiej. Inaczej niż fiskalizmem nie można tego nazwać.



Bilet 15-minutowy podrożał z 2 zł do 2,60 zł, a półgodzinny z 3 zł do 3,40 zł. Za sieciówkę od 1 czerwca zapłacimy już nie 81 zł, a 99 zł. Łatwo policzyć, że bilety 15 minutowe zdrożeją o 30 %, półgodzinne o 13 %, a sieciówki aż o 22 %.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że urząd miasta wraz z klubami radnych PO i PRO potraktowali ceny biletów jak kolejny podatek. Szkoda, że myśląc o cenie biletów jak o podatku zapomnieli o naukach mistrzów myśli liberalnej, której przecież, przynajmniej deklaratywnie, są zwolennikami. Arthur Laffer, doradca prezydenta Reagana zajmujący się ekonomią podaży znany jest przede wszystkim z  noszącej jego nazwisko krzywej Laffera. Wykres słynnej krzywej ilustruje zależność między stawką opodatkowania a dochodami budżetowymi państwa z tytułu podatków.  Prosty odczyt pozwala stwierdzić, że nie można w nieskończoność podwyższać podstawy opodatkowania,  ponieważ ostatecznie doprowadzi to do spadku dochodów budżetowych. Zależność dość znana i oczywista – im wyższe obciążenie podatkowe, tym mniejsza chęć tudzież możliwości obywateli do dzielenia się z państwem swoimi dochodami. Przekładając to na naszą sytuację: obywatele będą odchodzili od drogich, coraz wyżej opodatkowanych (coraz niżej dotowanych) usług i mając alternatywy przesiądą się do samochodów, rzadziej na rowery albo zaczną spacerować zamiast poruszać się komunikacją miejską, a wpływy do kasy miasta spadną. Kupować bilety będzie zaś coraz mniejsza liczba osób uginając się pod coraz to większym obciążeniem fiskalnym.

Ocenianie elastyczności popytu w przypadku komunikacji miejskiej przypomina wróżenie z fusów, gdyż każde miasto ma swoją specyfikę, swój indywidualny system transportowy, swój indywidualny udział środków transportu, indywidualną i specyficzną mentalność klientów. Biorąc jednak pod uwagę na prawidłowości, istnieje duże zagrożenie, że wpływy do kasy miasta nie wzrosną, a wręcz zmaleją. W końcu nie da się powiedzieć, że transport publiczny ma monopol na możliwości poruszania się mieszkańców po mieście. A szkody wyrządzone podwyżką cen biletów zostaną. Przodownik myśli liberalnej, „genialny Szkot”  Adam Smith,  zdecydowanie zaś odradzał surowe podatki. Twierdził, że nie należy niszczyć źródeł dochodu dla chwilowych korzyści. Niestety, powyższe refleksje na pewno nie kierowały prezydentem ani radnymi podnoszącymi rękę za podwyżkami.

Mądrych głów nie trzeba jednak szukać wśród znanych ekonomistów za granicą .Gdy Cyryl Ratajski, prezydent, który zapisał się złotymi zgłoskami na kartach historii naszego miasta, stanął przed podobnym dylematem postanowił obniżyć ceny biletów. Wpływy do kasy miasta... wzrosły.

Kwestia nie jest jednak tak prosta, jak się wydaje. Opłata za bilety to nie podatek, a z odpływem pasażerów z MPK wiąże się wiele negatywnych zjawisk.  Nawet jeśli wpływy z podwyżki cen biletów doraźnie wzrosną to jest to interes, który na pewno nie kalkuluje się w średnim okresie czasu.

● Po pierwsze, odpływ pasażerów z komunikacji miejskiej doprowadzi do wzrostu liczby aut na drogach, a tym samym do wzrostu popytu na nowe kilometry asfaltu. Te zaś, jak uczą nas doświadczenia, Euro 2012 nie są tanie.

● Po drugie, kierowcy stojący w coraz dłuższych korkach tracą czas i paliwo. W czasach ekonomizacji prawie każdego aspektu życia stratą nie jest już tylko podwyższone zużycie benzyny, ale też stracony czas – nie mówiąc o zszarganych nerwach kierowców.

● Po trzecie, więcej samochodów w centrum oznacza jego coraz bardziej intensywną degradację.

● Po czwarte, większa liczba podróżujących komunikacją indywidualną oddala nas od ideału miasta ekologicznego, jakim "pragniemy" lub przynajmniej kiedyś "pragnęliśmy" być organizując konferencję klimatyczną.

● Po piąte, powyższe procesy na pewno nie uczynią z Poznania miasta atrakcyjnego dla inwestorów, które szerokim strumieniem przyciąga inwestycje zagraniczne.

● Po szóste, komfort życia mieszkańców w mieście obniży się i doprowadzi do ich dalszego odpływu z Poznania. Niestety, poznaniacy głosując nogami pozbawiają miasto udziału w podatkach dochodowych, najważniejszej pozycji po stronie dochodów w budżecie miasta.

Niestety, cena biletów nie jest jedynym powodem obserwowanego od lat odpływu pasażerów z komunikacji miejskiej.  Skrajne niedoinwestowanie komunikacji zbiorowej  na rzecz  komunikacji indywidualnej doprowadziło do tego, że po ponad dwudziestu latach działania w warunkach społecznej gospodarki rynkowej nasze tramwaje i autobusy jeżdżą wolniej i rzadziej niż ponad 20 lat temu.

Stowarzyszenie My-Poznaniacy wraz z Sekcją Rowerzystów Miejskich i Stowarzyszeniem Inwestycje dla Poznania zaproponowały PO układ: wstrzymajmy się z podwyżką cen biletów i postawmy na niskokosztowe, radykalne usprawnienia komunikacji publicznej. Jeśli wpływy nie wzrosną, wrócimy do rozmów o podwyżkach. Na ten cel zaproponowaliśmy pół miliona złotych i przedstawiliśmy wielostronicowy załącznik z usprawnieniami polegającymi na oddzieleniu torów od jezdni, wymalowaniu buspasów, nadaniu komunikacji publicznej bezwzględnego priorytetu na światłach itp. PO propozycje zamrożenia cen biletów odrzuciła, zdecydowała się jednak wprowadzić usprawnienia komunikacji miejskiej.  Minęło już 4 miesiące, na efekty ciągle czekamy...

Możliwe, że po przeczytaniu tego artykułu adwersarze wzniosą okrzyk: populizm, dziura w budżecie, rosnące ceny paliwa, nie da się. Populizmem jest jednak, moim zdaniem, wybudowania stadionu i basenu za ponad miliard złotych bez wzięcia pod uwagę skutków społeczno-finansowych tak ogromnych wydatków. Prezydent Grobelny zawsze powtarza – „jeśli dodam tutaj będę musiał zabrać komuś innemu”. Tym razem prezydent Grobelny dał na igrzyska, zabiera m.in. z komunikacji miejskiej. Cóż,  summa summarum to nie poznańscy politycy pierwsi zastosowali się do słynnej rzymskiej paremii panem et circenses.







Edgar Drozdowski
Członek zarządu My-Poznaniacy, koordynuje tematykę budżetu i polityki mieszkaniowej, magistrant na Wydziale Prawa UAM

Komentarze (2)

Zapisz się do kanału RRS tego komentarza

Pokaż/Ukryj Komentarze
do punktu 2
Ważne jest to, że akcyza ze sprzedaży paliwa tez nie zwiększa dochodów miasta - o czym pewnie nasi rajcowie tez zapomnieli. Mieszkańcy, którzy przesiądą się do z MPK do samochodu wzbogacą budżet państwa, a budżet miasta będzie ponosić koszty remontów itd.
Ola Ola , 31 maj 2012
I jeszcze rewitalizacja Śródmieścia
Warto dodać do tego, że podwyżka cen biletów i realny wzrost liczy samochodów na pewno nie pozwoli na wprowadzenie ambitnych planów rewitalizacyjnych Śródmieścia. Trudno będzie wyłączać z ruchu kolejne drogi o czym ostatnio mówili specjaliści na debacie rewitalizacyjnej - Michał Beim, Piotr Libicki, czy nasz Włodek Nowak. A chodzi m.in. o ograniczenie ruchu na Solnej, Garbarach (a być może w ogóle wyłączenie jej z ruchu). Bez działań ograniczających chociaż ruch lub całkowicie go likwidujących w Śródmieściu (co a zach - Wiedeń choćby - jest normą) tracimy jeden z kluczowych sposobów walki o centrum Poznania i jego rewitalizację.
Michał Kucharski , 28 maj 2012

Napisz komentarz

pomniejsz | powiększ obszar

Poprawiony: poniedziałek, 28 maja 2012 01:03