Zagadka grobelizmu: sam sobie sterem
Andreas Billert   
piątek, 02 października 2009

Prezydent Grobelny uważa, że jego zadaniem jest budowanie "autorskiej" filozofii rozwoju miasta i wcielanie jej w życie. Sam pyta kogo trzeba, sam interpretuje odpowiedzi i sam decyduje, co dobre, a co nie - pisze w dyskusji nad "grobelizmem" na łamach Gazety Wyborczej dr Andreas Billert, członek stowarzyszenia My-Poznaniacy.

Tekst, który napisał Pan Prezydent Ryszard Grobelny w odpowiedzi na artykuły dziennikarza "Gazety" Michała Wybieralskiego ("Prezydent Ryszard Grobelny polemizuje z "grobelizmem", "Gazeta" z 26 września), jest tekstem niezwykle ważnym i pouczającym. Można go uznać za programową wypowiedź Prezydenta na temat jego rozumienia demokracji oraz zasad budowania polityki rozwoju miasta.

Prezydent miasta nie jest ani właścicielem miasta, ani jego wyłącznym użytkownikiem. Posiada jedynie mandat na realizację społecznie ustalonego i politycznie zaakceptowanego programu rozwoju miasta. Treść tego mandatu wynika z realnych lokalnych potrzeb rozwoju społeczno-gospodarczego, powszechnie akceptowanych systemów wartości (zrównoważony rozwój miasta), jak i z współczesnych zasad sprawowania "władzy" (permanentne współdziałanie instytucji politycznych ze społeczeństwem obywatelskim i szeroka partycypacja społeczna).

Prezydent nie może więc rozstrzygać sam, jaka wizja rozwoju ma być w mieście realizowana.

Z tej też racji można by oczekiwać, że na samym wstępie swego artykułu prezydent zakreśli treść udzielonego mu mandatu (uzgodniony społecznie, zintegrowany plan rozwoju miasta), aby później wykazać, że spełnia go dokładnie według jego treści, jak i według obowiązujących reguł gry.

Niestety, niczego takiego w artykule prezydenta Ryszarda Grobelnego nie ma.

Swój mandat społeczno-polityczny rozumie prezydent inaczej: "W mojej filozofii zarządzania miastem, którą prezentowałem wyraźnie w czasie prowadzonych przeze mnie kampanii wyborczych, jednoznacznie stawiam na utrzymanie możliwie wysokiego poziomu inwestycji, i to tych materialnych, dotyczących infrastruktury technicznej (komunikacja publiczna, drogi, szpitale, obiekty sportowe i kulturalne, zieleń itp.), jak i wydatków społecznych, które mają przynieść efekty w przyszłości (dodatkowe zajęcia w szkołach, akademicki Poznań)".

Dalej pisze: "wysłuchuję zdań różnych ekspertów (...), ważę różne racje i na tej podstawie podejmuję decyzję, następnie poddaję ją do publicznej wiadomości wraz z argumentacją. Na koniec po dyskusji z radnymi decyzje te zamieniają się w budżet".

Wynika z tych słów wiele. Prezydent uważa, że jego zadaniem jest budowanie "autorskiej" filozofii rozwoju miasta i wcielanie jej w życie. Nie potrzebuje żadnej innej "filozofii", np. budowanej mozolnie w ramach dyskusji między fachową administracją miasta, niezależnymi ekspertami i społecznością lokalną. Sam pyta kogo trzeba, sam interpretuje odpowiedzi i sam decyduje, co dobre, a co nie. Nie zamierza przy tym zaprzątać sobie głowy merytoryczną stroną polityki miasta, gdyż to, o czym mają radni zadecydować, to przekazanie pieniędzy dla realizacji jego "filozofii".

Prezydent nie wyjaśnia też, w jakim stopniu prezydenckie "ważenie racji" i "podejmowane decyzje" wywodzą się z jakiegoś nadrzędnego, bardziej skomplikowanego, zintegrowanego i społecznie uzgodnionego planu. Czyżby miasto go nie miało? Dowiadujemy się tylko, że ostateczny akt swej polityki dostrzega Prezydent w zaakceptowaniu wydania pieniędzy na realizację własnej "filozofii rozwoju miasta".

Oderwanie tej „filozofii” od całościowego i zintegrowanego oraz społecznie budowanego planu rozwoju, woluntarystyczne wyodrębnienie takich czy innych celów inwestycyjnych oraz ich sprowadzenie do buchalteryjnych wielkości ma dla Prezydenta tę wielką zaletę, że wymuszają dyskusję w języku buchalteryjno-budżetowym. Oznacza to, że każdy, kto chce dyskutować o rozwoju miasta, musi dyskutować z prezydentem w kategoriach finansowo-budżetowych. Wówczas nie stawia się takich pytań jak: co chcemy zrobić z tego, co w spójny sposób zaplanowaliśmy, co uważamy za słuszne i jakie priorytety winniśmy wybrać. Takie pytania nazywa prezydent „roszczeniowym socjalizmem”: „domaganie się, by zrobić jeszcze to i to i to, bez nawet małej refleksji, jakim kosztem to „coś" zostanie zrobione, czy trzeba uzyskać od mieszkańców dodatkowe dochody (bo to oni zasilają budżet), czy może zrezygnować z jakichś innych zadań. W demokracji potrzebna jest bowiem dyskusja na argumenty, na dodatek dyskusja kończąca się konkluzją, którą można wprowadzić w życie”.

Na podobnej zasadzie realizowana jest przez Prezydenta, pozorna partycypacja społeczna w zakresie planowania przestrzennego. Zredukowanie planowania do sporządzania aktów ustawowych (planów miejscowych), redukuje partycypację społeczną jedynie do możliwości podważania prawnych aspektów planu, a dyskutantów do podmiotów zdolnych do realizacji swych prawnych interesów.

Likwidując płaszczyznę, na której możliwe jest społeczne budowanie celów rozwoju miasta i wynikających z niego zadań na rzecz prezydenckiej „filozofii autorskiej” i sprowadzając te problemy do „wymiaru buchalteryjnego”, Prezydent likwiduje dalej system wartości, który określa dziś planowanie rozwoju miasta - zasadę „zrównoważonego rozwoju”. Ta zasada jest precyzyjnie określona wieloma dokumentami unijnymi i światowymi i stanowi podstawę dla realizacji europejskiej polityki spójności w zakresie rozwoju miast. Prezydent pisze: „nie ma jednej definicji zrównoważonego rozwoju, dlatego każdy z nas może mieć inną jego wizję, używać innych argumentów i stosować do oceny różną hierarchię wartości. W takiej sytuacji jedyną metodą wyboru jest demokratyczne głosowanie i postawienie na tego lub tych, którzy gwarantują, że przyjęte rozwiązania w największym stopniu będą odpowiadały mieszkańcom”.

Trudno dyskutować z taką odosobnioną w Europie tezą. Można jedynie wskazać na fakt, że zarówno postulowane przez Prezydenta: likwidacja demokracji na rzecz wyboru wodza, realizującego w okresie "międzywyborczym" swą autorską filozofię, przekształcenie problemu rozwoju w problem budżetowy, a problemu kształtowania przestrzeni w problem prawno-proceduralny, ma jeden wspólny cel. Tym celem jest ubezwłasnowolnienie społeczeństwa w zakresie podejmowania decyzji o całokształcie polityki rozwoju miasta i wyjęcie "władzy prezydenckiej" zarówno spod kontroli demokracji instytucjonalnej, jak i demokracji obywatelskiej. System ten wywołuje jednak nie tylko osamotnienie i bezsilność społeczeństwa, ale również niebezpieczną izolację Prezydenta. Pozbawiony integracji swych działań z obszarem społecznym staje się bezbronną owieczką - sam, słaby i w lesie. Jakie wilki tam na niego czyhają, to już zupełnie inne pytanie.



dr Andreas Billert - specjalista w dziedzinie rewitalizacji miast, pracował m.in. w Lubece i Frankfurcie nad Odrą

Źródło: Gazeta Wyborcza (2022-10-01) (LINK)

Komentarze (0)

Zapisz się do kanału RRS tego komentarza

Pokaż/Ukryj Komentarze

Napisz komentarz

pomniejsz | powiększ obszar

Poprawiony: środa, 11 sierpnia 2010 09:31