O grodzeniu i przeciw grodzeniu
Marek Nowak   
piątek, 29 kwietnia 2011



Postanowiłem napisać o zamkniętych osiedlach we współczesnych środkowoeuropejskich miastach. Dlaczego akurat o tym? Powód jest dosyć banalny, w okolicach mojego miejsca zamieszkania istnieje od kilku lat prywatna szkoła podstawowa.




Zajmuje ona teren po instytucji publicznej typu edukacyjnego (sądząc z formy architektonicznej). Śledzę zmiany tego miejsca od momentu, gdy stałem się mieszkańcem os. Kopernika, a zmiany te są i ciekawe i symptomatyczne zarazem. Ostatnim elementem owej ewolucji było zamknięcie od ulicy terenu (pełniącego dotychczas funkcję otwartego foyer, przez moment również parkingu) wysokim, blisko dwumetrowym ogrodzeniem z furtką i przesuwną bramą. Szkoła, jak chwalą się jej organizatorzy na swojej stronie www, kształci „przygotowanych do życia” wartościowych „obywateli świata”, co zresztą nada tu pewnego dodatkowego smaczku.

Zjawisko grodzenia nie jest oczywiście niczym nowym. Specyficznego kształtu nabrało jednak wraz ze zmianami sposobów gospodarowania, które obserwuje się w kontynentalnej Europie od lat 70. Początki tej ewolucji przypisuje się kryzysowi energetycznemu, który uruchomił neoliberalną reorientację na starym kontynencie. Europa Środkowa i Wschodnia do owej zmiany „przystąpiła” z co najmniej dziesięcioletnim opóźnieniem, co również stanowiło o niebywałej dynamice zmian. Istotną cechą tego procesu było narastanie nierówności, a ich wskaźnikiem w miastach było m.in. pojawienie się grodzonych osiedli. Odpowiedź na pytanie o przyczyny grodzenia oczywista się wydaje, choć moim zdaniem wcale taka oczywiste nie jest.

Możnaby uznać, że grodzenie jest naturalną konsekwencją niskiego poziomu bezpieczeństwa, poczucia strachu, który był powszechny w „nowej” klasie średniej, zamieszkującej polskie metropolie, szczególnie na początku lat 90. Jednak dzisiaj, po ponad 20 latach, ani statystyki przestępczości, ani rosnące wskaźniki optymizmu Polaków, szczególnie widoczne właśnie w tej grupie, wcale takiej tezy nie uprawdopodobniają. Czyli jeżeli nie chodzi tu o bezpieczeństwo, to o co tak naprawdę chodzi?

Na podstawie badań realizowanych głównie w Warszawie dosyć jasno daje się dowieść, że urok takich miejsc wynika nie tyle z poczucia, że wszędzie i nad wszystkim czuwa „wielki brat” (bo ma to jak wiemy swoje i dobre i złe strony), czy wszechobecnych nakazów i zakazów wjazdu, domofonów i ochroniarzy, co raczej z dwóch innych grup powodów.

Po pierwsze tych, które dotyczą dbałości o przestrzeń, zdolności wymuszenia na użytkownikach pożądanych zachowań, przestrzegania praw strony trzeciej, czy wreszcie pomocy w sytuacji zagrożenia. Wszystkie te aspekty nie są jednak oryginalnymi atrybutami miasta przypominającego archipelag zamkniętych, zarządzanych przez wyspecjalizowane firmy wysp. Wszystkie wskazane cechy i funkcje można znaleźć w tradycyjnej formie miasta.

Po drugie, tych dotyczących pośrednio własności i nawiązujących do kwestii statusowych, a zatem potrzeby pokazania i podkreślenia swojej nieco wyższej od innych pozycji, a także pewnego typu mody rozreklamowanej przez deweloperów oferujących nie tylko mieszkania, ale ich zdaniem coś więcej, co zawiera się w znamionach prestiżu i luksusu. Tutaj również istnieją inne mechanizmy, czy jak mówią socjolodzy „funkcjo-znaki” podkreślające własną pozycję i dające szanse podkreślić własny sukces.

Jeżeli taki obraz jest (przynajmniej w jakimś zakresie) zgodny z rzeczywistością, to zjawisko grodzenia jest silnie związane ze zmianami, jakie szkicowałem na początku tekstu, które poza wszystkim innym spowodowały erozję tradycyjnej formy zarządzania miastem. Chodzi tu zatem o kwestie władzy oraz skuteczność polityki realizowanej w ramach miasta. Grodzenie, a właściwie jego potrzeba (czy też nawet konieczność), tak powszechna dzisiaj, jest świadectwem fiaska pomysłu, który realizujemy w polskich miastach wystarczająco długo, by zadać pytania o jego skuteczność. Nie chodzi tylko o kwestię decentralizacji, chodzi o sprawy znacznie bardziej poważne, szczególnie w obliczu coraz wyraźniejszego zjawiska zmniejszania się miast i odpływu mieszkańców – utraty atrakcyjności przestrzeni zurbanizowanych.

Miasto jako instytucja polityczna, właśnie ono, a nie sami obywatele, każdy indywidualnie, by przetrwać (nie piszę już o osiągnięciu sukcesu) musi zaproponować rozwiązania problemów, które trapią jego mieszkańców. Musi zaproponować formułę społecznej koegzystencji, która usatysfakcjonuje przeciętnego Kowalskiego, mieszkającego choćby na osiedlu Kopernika. Dopóki nie ma mu wiele do zaproponowania, jedynym rozwiązaniem będzie: bądź to zasiedlanie kolejnej podpoznańskiej lub podwarszawskiej gminy, bądź wariant z ogrodzonym płotem, przegęszczonym kompleksem bloków (o „rzut kamieniem” od innych współmieszkańców).

Grozi nam bowiem, że ostateczną alternatywą będzie Drezno, bądź Berlin (200 kilometrów na zachód, zdecydowanie bliżej niż Warszawa), gdzie z podobnymi problemami radzą sobie znacznie lepiej. Niemiecki rynek pracy, za kilka tygodni stanie otworem.









Marek Nowak

Komentarze (0)

Zapisz się do kanału RRS tego komentarza

Pokaż/Ukryj Komentarze

Napisz komentarz

pomniejsz | powiększ obszar

Poprawiony: niedziela, 10 czerwca 2012 23:58