Hycle od moralności kapitalistycznej
Eugeniusz Biały   
niedziela, 25 września 2011





W 1954 roku, komunista Adam Ważyk w swym słynnym wówczas i odważnym „Poemacie dla dorosłych”, będącym próbą rozliczenia się ze stalinizmem, piętnując obłudę i antyludzki instrumentalizm czerwonej etyki umieścił historię zgwałconej  dziewczyny, zamykającą się takimi trzema dystychami:




Wyrzucono ją ze szkoły artystycznej

za brak moralności socjalistycznej.

Truła się raz – odratowano.
Truła się drugi raz – pochowano.

Wszystko tu stare. Stare są hycle
od moralności socjalistycznej.

Po bez mała sześćdziesięciu latach, w szczęśliwym ponoć wieku bez ideologii, nietrudno zauważyć, że władza bez uzasadnień ideologicznych obejść się nie umie. Szczególnie, kiedy zamierza zrobić jakieś grubsze świństwo. Idealnym dla ideologii tworzywem staje się wtedy stara, poczciwa moralność. Co prawda nie tak stara, jak Dekalog czy jego przeniknięta miłością interpretacja dokonana przez Zbawiciela, ale wciąż  krzepka niczym dawne kamienice (pomimo grzyba) – moralność mieszczańska. Ma ona iście szczurzą odporność. Potrafi przetrwać wszystko. Strawiła gładko jady komunizmu, teraz wróciła do matecznika. Stała się moralnością kapitalistyczną. Zdobyła młodych misjonarzy. Ostatnio wśród nich palmę pierwszeństwa wziął pan Jarosław Pucek, szef poznańskiego ZKZL-u (Zarząd Komunalnych Zasobów Mieszkaniowych), udzielając na łamach „Głosu Wielkopolskiego” zdumiewającego wywiadu.

Moje ewolucje z Puckiem

Ewolucja moich poglądów na to, kim jest dyrektor Jarosław Pucek, stanowi mikro-historię naiwności przynoszącej wstyd ponad pięćdziesięcioletniemu mężczyźnie. Zrazu, gdy niemal rok temu przysłuchiwałem się jego dyspucie o kontenerach z przedstawicielami Barki oraz anarchistów podczas Targów Ekonomii Społecznej w Poznaniu, miałem go za młodego, otwartego urzędnika, elokwentnie i bez doktrynerstwa potrafiącego naświetlić swój punkt widzenia dla poszukania rozwiązań najkorzystniejszych społecznie. Po panelu w marcu tego roku w Gazeta Café współczułem mu jako czynownikowi uwikłanemu w sytuację niemal bez wyjścia, zważywszy na mentalność jego pryncypała. Gdy zaczął twardo głosić – bez obiecanych konsultacji problemu tzw. trudnych lokatorów – terminy posadowienia kontenerów i eksmisji na bruk 300 rodzin, dostałem gęsiej skórki. A ponieważ za pomocą pisania limeryków leczyłem się wtedy z głębokiego przygnębienia wywołanego świadomością katastrofalnej kondycji Polaków, w ogólności i mojej w szczególności, więc poświęciłem jeden z tych terapeutycznych dziełek bohaterowi niniejszego tekstu. Prezentuję:

Pan Jarosław, szef ZetKaZeteL-u
bał się powrotu do PeeReL-u.
Wdrożył w tej panice
eksmisje na ulice
i dostał medal „Lelum Polelum”.

Nie wiedziałem jeszcze, że pan Jarosław Pucek zostanie owładnięty misją wychowywania mas i głosiciela moralności kapitalistycznej, choć pierwsze symptomy co prawda zdradzał pyszniąc się, że płaci swoje rachunki. Jednak w całej misjonarskiej krasie wystąpił dopiero w „Głosie Wielkopolskim”.

Pucowanie niemytych dusz

Wygłoszona w wywiadzie deklaracja szefa ZKZL-u prezentuje jego nowe oblicze. Dotąd zaangażowany w pracę urzędnik rozumiejący społeczny wymiar swojej działalności, podkreślający jednak przede wszystkim instrumentalny charakter swej funkcji jako zarządcy zasobów mieszkaniowych i wykonawcy poleceń zwierzchników, w wywiadzie odgrywa surowego pedagoga. Eksmisjami i zsyłką do kontenerowego getta zamierza wychowywać ludzi do odpowiedzialnego życia. Na czym owa odpowiedzialność ma polegać? Na płaceniu rachunków. Kryterium proste prostotą, która musi znamionować każdą szanującą się ideologię. Naprawdę można wpaść w zdumienie nad nagłą erupcją społecznikowskiej pasji dotychczasowego funkcjonariusza.

Zabrakło jej panu Puckowi, zabrakło przede wszystkim prezydentowi i wiceprezydentom, tym bardziej zabrakło radnym Poznania na przestrzeni lat, kiedy to można było wdrożyć cywilizowaną politykę (modnie teraz zwaną programami) wobec współmieszkańców, którzy mając sami kłopoty zaczynali je sprawiać miastu i sąsiadom. Jednak ani to było w głowach ukształtowanych przez neoliberalne doktryny, z cielęcym zachwytem oglądających się na różne zera tolerancji zza oceanu. Kiedy jednak sytuacja budżetowa, a przede wszystkim legislacyjna (prawo dysponentów mienia komunalnego do przeprowadzania eksmisji na bruk) dojrzała do blitzkriegu, dorabia się całej tej wstydliwej sprawie aureolę krucjaty o odpowiedzialność. Jest to oczywiście odpowiedzialność na modłę neoliberalną, czyli wyłącznie za siebie. Władze miejskie odpowiedzialności za współmieszkańców rzecz jasna nie ponoszą.

Posłuchajmy dyrektora Pucka:
„Wszyscy patrzą na to, co robię w ZKZL, z perspektywy tej symbolicznej, biednej rodziny z małymi dziećmi, którą eksmitujemy. Ale na miłość boską – jeżeli ktoś ma dzieci, to powinien być za nie odpowiedzialny. Jeżeli ktoś wynajmuje mieszkanie komunalne, to powinien za nie płacić. (...) Moim głównym celem jest zmiana mentalności poznańskich lokatorów.”

Pomysł to nienowy i pozornie łatwiejszy, żeby zamiast ulepszać rzeczywistość, dostosować do niej  tych, którzy stali się jej ofiarami. Jedną z korzyści takiego rozwiązania jest brak konieczności wyjścia ze swoich opłotków i rozejrzenia się wokół..

Dyrektor Pucek a inne światy

Dyrektor Pucek ma swój hermetyczny świat, do czego przyznaje się w wywiadzie pośrednio i bezpośrednio.
„Jak nazwać to, że 40 procent lokatorów mieszkań komunalnych i socjalnych ma problemy z płaceniem czynszu? W mieście, w którym jest zaledwie 3,5 proc. bezrobocie! Nie rozumiem tego. Nie rozumiem też tego, że co dziesiąty lokator miejskiego mieszkania ma ponad 10 tys. zł zadłużenia i nikt nie wręcza mu wypowiedzenia umowy najmu. To wszystko było postawione na głowie. Przyszedł czas, żeby przestawić sprawy z głowy na nogi.”

Świat dyrektora Pucka jest krainą neoliberalnego macho, uporządkowaną na sposób mieszczański. Ów „porzóndek” jest natury statystycznej. Bezrobocie w Poznaniu niskie, liczba zadłużonych lokatorów sięga prawie połowy. Wniosek jedyny z możliwych: mogą, ale nie chcą płacić. Myśl, że duża skala zjawiska przekłada się na jego jakość, czyli mówiąc wprost, choć uczenie, że sygnalizuje  poważny problem społeczny o charakterze strukturalnym, burzyłaby świat pana Puckowy. W tym rajskim świecie nie ma bowiem sfałszowanych danych statystycznych o faktycznej wielkości bezrobocia, nie ma pracujących biedaków, zatrudnienia na czarno i na umowy śmieciowe, więc w konsekwencji zwolnień z dnia na dzień i bez ewidencjonowania takich faktów. Nie ma też emerytów i rencistów z głodowymi uposażeniami.

Oczywiście do zawarcia bliższej znajomości z tym nieswoim światem panu dyrektorowi się nie spieszy. Widać to po jego przywiązaniu do rujnującego mu nerwy stanowiska. Prawdopodobnie zetknięcie z rzeczywistością pośredniaka ocenia jako daleko bardziej frustrujące. Tymczasem deklaruje, że wkłada w swą pracę „serce”. Tu się zdumiewam nad talentem pana Pucka i słabością swej imaginacji. Nijak bowiem wystawić sobie nie mogę zastosowania właśnie tego organu w robocie wykonywanej przez dyrektora ZKZL-u na sposób  w wywiadzie prezentowany. Użycie pozostałych organów i części anatomicznych (ze szczególnym uwzględnieniem niektórych) owszem tak.

Nie wszystkich zderzeń z obcymi światami  daje się jednak uniknąć.

„Krytyka krytyce nierówna. Dyskusja z Tomkiem Sadowskim z Barki to zupełnie co innego, niż próba dyskusji z anarchistami, którzy są z zupełnie innego świata, niż ja.”

Przysłuchując się dyskusjom pana dyrektora z Tomaszem Sadowskim i anarchistami nie zauważyłem żadnych różnic w zawartości merytorycznej krytyki. Zarówno Sadowski, jak anarchiści wytykają polityce władz miejskich upostaciowanej w osobie Jarosława Pucka brak wrażliwości społecznej, niechęć do konsultacji, urzędniczą butę, lekceważenie opinii publicznej, sobiepaństwo prezydenckiej administracji wobec rady miasta, której mdłe zresztą i nieliczne postulaty w interesującej nas tu kwestii są ignorowane. A przede wszystkim gigantyczną wieloletnią bezczynność i skąpstwo wobec najsłabszych.

Tomasz Sadowski ciągle podkreśla, że budżet Poznania za prezydentury Cyryla Ratajskiego, orędownika bezrobotnych, był odwrotnością budżetu współczesnego Poznania. Anarchiści zaś domagają się bezskutecznie tzw. budżetu partycypacyjnego, czyli układanego przy udziale społeczności mieszkańców. Wydawać by się więc mogło, że mówiąc o tej samej rzeczywistości, biorąc za nią odpowiedzialność, wszyscy uczestnicy dyskusji powinni przynależeć do tego samego świata. Nie, dyrektor Pucek anarchistów widzi poza granicami swojego. Przyczyną tych zaburzeń percepcji są nie tylko noszone przezeń okulary z neoliberalnymi filtrami, lecz i zarzut o stosowanie nazistowskiej logiki, zaiste trudny do przełknięcia.


Czy konzentrationlager jest do nazizmu koniecznie  potrzebny?

Twardy podczas całego wywiadu dyrektor Pucek mięknie, gdy dziennikarz pyta go o padające pod jego adresem ze strony anarchistów oskarżenia o stosowanie w swoim postępowaniu i ujawnianie w głoszonych poglądach na kwestię kontenerów i eksmisji  „nazistowskiej logiki”. Dzielny i samodzielny dotąd wychowawca staje się na moment rozżalonym chłopcem, który chciałby prawnej osłony dla siebie jako urzędnika przed takimi epitetami, które uznaje zresztą za absurdalne. Nie dziwię się, też bym się przejął. Gdyby Pucek został nazwany faszystą, mógłby na to gwizdać. W języku współczesnych inwektyw politycznych określenie to nie ma żadnego ciężaru gatunkowego, jest niezdefiniowane, puste. Kto jeszcze tego nie czuje, niech posłucha na You Tube groteskowej polemiki Janusza Korwina Mikke z Krystianem Legierskim (Zieloni 2004) z okazji  ubiegłorocznego Marszu Niepodległości, podczas której obaj panowie od stóp do głów oklejają się nawzajem etykietkami faszysty.

Natomiast „nazistowska logika” to coś zupełnie innego. To oskarżenie o nazizm potencjalny, in statu nascendi albo też przepoczwarzony. I tu, myślę, nie tylko oskarżyciele powinni się zastanowić. Kwestia jest bowiem poważna i wymagająca wyobraźni potrafiącej umiejętnie wymijać stereotypy. A jaki jest stereotyp nazizmu? Oczywiście rasizm, kult wodza, militaryzm i obozy koncentracyjne. Czy można nie widząc wokół siebie tych przejawów grozy spać spokojnie? Czy innymi słowy obóz koncentracyjny jest dla nazizmu koniecznie potrzebny? A może wystarczy segregacja? Na przykład na tych, którzy płacą i tych, którzy płacić nie mogą, w związku z czym ci pierwsi mogą w majestacie prawa zrobić z tymi drugimi porządek. Na przykład odciąć im zimą prąd od kontenera skazując na zamarznięcie lub chorobę. O takim scenariuszu dyrektor Pucek z własnej inicjatywy mówi wprost podkreślając, że inne poza drogim elektrycznym ogrzewanie nie jest w kontenerze możliwe.
(„Jeżeli ktoś nie będzie płacił, to energetyka po prostu mu ten prąd odetnie. Inaczej ogrzewać kontenerów się nie da.”)

Oczywiście nasz wychowawca zatrzymuje się na etapie odcięcia dopływu energii, nie  poświęcając uwagi biologicznym konsekwencjom tej ekonomiczno-technicznej operacji.  Jednak odrywanie skutków od przyczyn jest zwykłą taktyką myślenia nie tylko Jarosława Pucka, ale całej międzynarodowej formacji moralistów spod znaku neoliberałów (inne ich miano w tytule tego tekstu), dopatrujących się wszędzie wyłącznie wpływu wyborów indywidualnych, zwanych odpowiedzialnością za siebie i swoją rodzinę.

Jak się to ma do nazizmu? Odpowiedzi udzielę na innym poziomie. Będzie metafizycznie, ale nie eskapistycznie.

Ojciec Jan Andrzej Kłoczowski, znany krakowski dominikanin, dał kiedyś krótki wywiad czy pogadankę na temat obecności Złego we współczesnym świecie. Ku mojemu osłupieniu powiedział, że widział Diabła na fotografii. Było to na terenie muzeum obozu w Oświęcimiu. Diabeł z fotografii nie nosił esesmańskiego munduru ani pasiaka kapo. Był eleganckim i przystojnym mężczyzną w garniturze, który asystował przy podpisaniu przez komendanturę obozu umowy z koncernem chemicznym. Opis pod zdjęciem wyjaśniał, że nazywał się doktor Faust i należał do reprezentantów owego koncernu. Ojciec Kłoczowski skomentował, że współcześnie Zły nie działa przez akty nadzwyczajne. Najchętniej posługuje się metodami biurokratycznymi – kiedy trzeba sporządzi pismo, kiedy trzeba podsunie je do podpisu...

Od siebie dodam, że pewnie dobrze się czuje w towarzystwie moralistów.









Eugeniusz Biały

Komentarze (3)

Zapisz się do kanału RRS tego komentarza

Pokaż/Ukryj Komentarze
A gdzie Regulamin
Pan Dyrektor Pucek traktuje ZKZL jak własne gospodarstwo, zapominając, że jest Regulamin, który powinien respektować. Przede wszystkim szanować wszystkich mieszkańców Miasta Poznania i pomagać im, zgodnie z Regulaminem. W tym Regulaminie nie ma możliwości prowadzenia działalności developerskiej i mieszkań developerskich. Nie ma też mowy o kontenerach, jest natomiast mowa, jakie warunki powinny spełniać mieszkania socjalne na pewno nie powinny być zagrzybione, (a ja takie dostałam). Dlaczego usilnie wszyscy twierdzą, że to co chce zrobić pan dyrektor Pucek jest dobre i wspaniałe dla mieszkańców. Wystarczy spojrzeć w Regulamin i wszystko wiadomo. Po co te dyskusje. Pan dyrektor Pucek nie tylko nie respektuje Regulaminu, ale go nie zna. Myślę, że właśnie z tego wynikają błędy i strata tylu tysięcy złotych z budżetu miejskiego, które można by przeznaczyć na remonty mieszkań komunalnych i lokali socjalnych. Po co mieszkania 80 metrowe, za które za 1 m2 trzeba płacić 12,75 zł? Te mieszkania stoją od zeszłego roku i zamiast przynosić zysk, przynoszą straty. Czy nasze miasto Poznań jest naprawdę takie bogate, by mogło sobie na to pozwolić?
Takie właśnie zarządzanie proponuje nam pan dyrektor Pucek tj. dłużników na bruk, mieszkania stojące puste i nie zasiedlone, powodujące stratę, a nie zysk. I pytam się co dalej?
Irena Ewa Poznanianka
Irena , 11 październik 2011
ZKZL w Poznaniu okrada mieszkańców z mieszkań
Witam
ZKZL w Poznaniu fałszuje księgi rachunkowe, w ten sposób, że naliczane odsetki nie są zgodne z odsetkami ustawowymi. Ostatnio otrzymałam Nakaz zapłaty i różni się on od tego co dotychczas otrzymywałam z BOM-u i to o ponad 16.000 zł. Jeżeli każdemu dłużnikowi dopisuje się w ten sposób odsetki, to mamy ogromny problem. Bo odsetki jakie przedkładane przez ZKZL w Poznaniu są zawyżone i to wysoko – to oszustwo nie tylko dłużnika, ale również i Miasta Poznania.. Tak więc dług jaki wykazuje ZKZL w Poznaniu nie jest prawdziwym zadłużeniem dłużników ZKZL w Poznaniu. Dlatego czekałam, jakie zadłużenie wykaże mi ZKZL w Poznaniu w Sądzie Rejonowym w Poznaniu. I mam ogromną różnicę – muszą Państwo przyznać – mieć zadłużenie wyższe o 16.000 zł, którego żądano zapłaty przed wniesieniem sprawy do sądu.
Jest jeszcze jedna sprawa – Komornicy przekazują kwoty już dochodzonych nakazów zapłaty na rzecz ZKZL w Poznaniu. Te kwoty nie trafiają na konto dłużnika. Ich tam porostu nie ma. Nie wiadomo gdzie są księgowane. Natomiast ZKZL w Poznaniu twierdzi, ze na konto dłużnika nic nie wpłynęło i występuje do Sądu rejonowego o eksmisje. Dłużnik nie wie jak się bronić, bo z ZKZL w Poznaniu nie może uzyskać żadnych informacji. I błędne koła się zamyka. Nie wiem czy warto dyskutować z panem dyrektorem Puckiem na taki temat, bo niestety on nie chce z nikim rozmawiać i zawsze ma racje. Może nareszcie jakaś władza w Poznaniu zrobi z tym porządek. Chciałabym aby skończyły się te kłamstwa i oszustwa ZKZL w Poznaniu w stosunku do mieszkańców.
Irena Ewa , 11 październik 2011
Pucek na Grobelnego
Pucek na Grobelnego. Pytanie czy zdzierżymy kolejny substytut polityka. Doskonale przeźroczysty konserwatywny konformista. Pozbawiony umiejętności pogłębionej refleksji, ekonomiczny liberał o ujmującej twarzy aparatczyka z wyczuciem tego czego chce tłum. Świetny reprezentant tego, co w poznańskim mieszczaństwie jest trudne do zniesienia.
Marnojest , 28 wrzesień 2011

Napisz komentarz

pomniejsz | powiększ obszar

Poprawiony: poniedziałek, 26 września 2011 00:24