Kogo obchodzą jeszcze wybory...
Lech Mergler   
sobota, 20 lutego 2010
Image
Trzy tygodnie temu Gazeta Wyborcza opublikowała rozmowę z przewodniczącym rady miasta Grzegorzem Ganowiczem, który jasno zadeklarował chęć startowania na stanowisko prezydenta w jesiennych wyborach . I co? I nic... Jakby wyborów miało nie być albo mało kogo one obchodziły.

 

 

 

 

Nie jest pierwszoplanowym zadaniem naszego Stowarzyszenia popieranie albo krytykowanie kandydatów do takich czy innych stanowisk publicznych. Przede wszystkim interesują nas problemy miasta i sposoby, programy radzenia sobie z nimi. Z tego tylko punktu widzenia możemy odnosić się do kandydatów. Jeśli ocenia się Stowarzyszenie My-Poznaniacy jako krytyczne wobec urzędującego prezydenta, to jest to trafne o tyle, że krytycznie oceniamy przede wszystkim prowadzoną w mieście politykę, a nie osobę.

 

Z tego właśnie względu zamieściliśmy artykuł Jacka Jaśkowiaka , jednego z nielicznych albo i jedynego poznańskiego przedsiębiorcy, który stara się aktywnie uczestniczyć w debacie publicznej. Autor krytycznie traktuje kandydaturę Grzegorza Ganowicza na prezydenta, odnosząc się do tego, co szef rady miasta mówi w wywiadzie w Gazecie na temat  pomysłów na nasze miasto. Opublikowanie tu tekstu Jaśkowiaka nie oznacza akceptacji jego poglądów na osobę kandydata (nie uzgadnialiśmy takiego poglądu), choć uważamy, że autor trafnie podnosi kwestie istotne, w tym zwłaszcza wskazuje różne, wzajemnie opozycyjne wzory rozwoju miasta. W ten sposób popycha do przodu debatę o Poznaniu.

 

Wydaje się, że w nadchodzących wyborach samorządowych w Poznaniu na szczeblu miejskim decydująca będzie kwestia opowiedzenia się za "ZMIANĄ" albo "KONTYNUACJĄ" dotychczasowej polityki miejskiej. Piszę w cudzysłowiu, ponieważ chodzi o pewną umowną, schematyczną ocenę tego, co się w mieście dzieje oraz wizję tego, co ma się dziać dalej. Czy zasadniczo kandydat akceptuje polityczne status quo, w sensie realnie wykonywanego programu politycznego, czy też odwrotnie?

 

Jasne, że najbardziej wiarygodnym przedstawicielem "kontynuacji" jest obecny, wieloletni prezydent, Ryszard Grobelny. Trudno być bardziej zgrobelizowanym niż on sam. Na tym polega problem Grzegorza Ganowicza, ale także innych, ewentualnych kandydatów PO, która spolegliwie kooperowała z prezydentem, wcześniej jej członkiem. Wysoce prawdopodobne jest uprawianie z tej strony retoryki w stylu "za, a nawet przeciw", kontynuacja tylko "tego co dobre" z odrzuceniem "błędów i wypaczeń" Grobelnego. Czyli w zasadzie gadki-szmatki dla zachowania pozorów, iż chodzi o coś więcej niż tylko o władzę. A ściślej – o to, że PO czuje się tak silna w mieście, że nie chce dzielić się władzą z kimś, kto gra osobno, jak Ryszard Grobelny.

 

Istnieje i to szeroko rozpowszechniony pogląd, że nie ma o czym gadać – tak czy owak będzie kontynuacja grobelizmu, być może (ale to może, to takie raczej nie może... ) pod wodzą kogoś z PO zamiast prezydenta Grobelnego osobiście.

 

Czy to takie oczywiste? Im bardziej przesądzony wydaje się wynik wyborów, tym mniejsze one budzą zainteresowanie elektoratu, czyli tym niższa frekwencja wyborcza. Masy wiernych ale biernych zwolenników nie głosują, bo zwycięstwo jest pewne, więc po co wychodzić z domu. Oponenci zniechęceni prognozą wysokiej wygranej drugiej strony, zachowują się zgodnie z nią, co czyni ją prognozą samospełniającą się. Obecny brak wyraźniejszego zainteresowania szerszej publiki kwestią wyborów, mimo rozmaitych prowokacji medialnych, może już zapowiadać tę niską frekwencję. I jeśli Ryszard Grobelny znowu wygra wybory, to może tym razem już nie dzięki poparciu co piątego uprawnionego poznaniaka, jak poprzednio, ale tylko co dziesiątego...?

 

Taka sytuacja – wiszącego w powietrzu fatalizmu – kryje w sobie pewien potencjał niespodzianki. Być może dla jej zaistnienia wystarczyłoby, żeby opozycja partyjna i obywatelska refleksyjnie, z namysłem, podeszła do kwestii znalezienia kandydata-oponenta wobec opcji "kontynuacja". "Opozycja" obywatelska, choć apolityczna, jest raczej niechętna sytuacji  totalnego monopolu jednej partii we wszystkich organach władzy publicznej w Poznaniu i regionie, bo on sprzyja lekceważeniu społeczeństwa obywatelskiego, które z pozycji monopolu można po prostu uznać za nieistniejące i z nim nie gadać. Istnienie silnej opozycji, rządy koalicyjne sprzyjają liczeniu się z opinią publiczną, z czym jak jest, każdy widzi. Namiastką tego, co Poznaniowi politycznie grozi po kompletnej monopolizacji władzy, było potraktowanie opozycji podczas debaty budżetowej....

 

Refleksyjność miałaby polegać na tym, że poszczególne ugrupowania opozycyjne uświadomiłyby sobie, iż  wystawianie przez każde z nich swojego własnego kandydata na prezydenta, pozbawionego jakichkolwiek szans na sukces wyborczy – jest racjonalne w ograniczonym zakresie. To znaczy jest miłe sercu, bo podtrzymuje tożsamość polityczną poszczególnych grup. Tyle że kosztem szans na realny wpływ na polityczne wybory elektoratu. Realny wpływ na wynik wyborów, być może mógłby mieć jeden kandydat alternatywny wobec opcji "kontynuacja", wspólny, ponadpartyjny i bezpartyjny. Mógłby uzyskać nie tylko głosy przekonanych LiDo-PiSo-Dornowców, ale także szersze poparcie poznaniaków zwyczajnie wystraszonych perspektywą kontynuacji grobelistycznej polityki przez kolejne cztery lata. Także dzięki efektowi zaskoczenia pewnego siebie, więc w masie zwolenników biernego, monoPOlu.

 

Czy tak racjonalne porozumienie jest możliwe....? Byłbym nadzwyczaj pozytywnie zaskoczony, a nie dowiemy się, dopóki ktoś nie podejmie w tym kierunku próby.

 

Fot. Krzysztof Ulas

Słowa kluczowe:wybory2010

Komentarze (0)

Zapisz się do kanału RRS tego komentarza

Pokaż/Ukryj Komentarze

Napisz komentarz

pomniejsz | powiększ obszar

Poprawiony: czwartek, 09 września 2010 09:35